Osiemdziesiąt jeden lat to wiek, który budzi szacunek – i lekką zazdrość. Bo ile rzeczy trzeba zobaczyć, ile przemyśleć, ile razy zmienić zdanie (a czasem tylko skrócić albo przenieść do następnego wiersza), żeby dojść do takiej liczby. A jednocześnie – przyznajmy – 81 brzmi jak odwrócona osiemnastka. Tyle że nie do końca: bo tu nie chodzi o powrót do młodości, tylko o jej podniesienie do potęgi.
„Przekrój” 15 kwietnia 2026 r. kończy właśnie tyle lat. I robi to w swoim stylu: bez fanfar, raczej z lekkim uśmiechem, może nawet z uniesioną brwią.
Pierwszy numer ukazał się równe 81 lat temu w Krakowie – w świecie, który dopiero uczył się oddychać po katastrofie. Skromne środki nie przeszkodziły w stworzeniu czegoś, co od początku było osobne. Już wtedy było wiadomo, że nie będzie to pismo, które idzie głównym nurtem – raczej takie, które przemyka obok, zagląda pod powierzchnię i zadaje pytania, zamiast wygłaszać przemowy.
Z czasem „Przekrój” stał się czymś, co trudno było zamknąć w jednej definicji – osobnym światem, który rządził się własnymi prawami. Takim, w którym absurd Sławomira Mrożka spotykał się z poezją Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a dobre maniery Janiny Ipohorskiej (czyli Jana Kamyczka) potrafiły być zaskakująco celne, a czasem nawet bezlitosne. Gdzie kreska Zbigniewa Lengrena i wyobraźnia Daniela Mroza nadawały kształt temu, co trudno było uchwycić słowami, a Wojciech Plewiński opowiadał świat okładkami. Obok tego wszystkiego toczyły się tylko z pozoru lekkie rozmowy Lucynki i Paulinki. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim kręcił się pies Fafik, który – jak to z psami bywa – wiedział o życiu więcej, niż dawał po sobie poznać.
To był świat, który nie uciekał od rzeczywistości, ale też nie pozwalał jej się przytłoczyć. Zamiast tego proponował coś znacznie trudniejszego: dystans. I czułość. A także humor, który nie krzyczał, tylko mrugał porozumiewawczo.
Być może dlatego „Przekrój” nigdy nie był jedynie lustrem swoich czasów. Raczej czymś w rodzaju krzywego zwierciadła – takiego, które nie zniekształca dla żartu, ale pozwala zobaczyć więcej niż jedno odbicie naraz. Pokazuje, że rzeczywistość ma warstwy, a sens nie zawsze znajduje się tam, gdzie najłatwiej go szukać.
I może właśnie w tym przejawia się jego konsekwencja: żeby nie upraszczać świata bardziej niż to konieczne. Żeby zostawiać w nim miejsce na sprzeczności i wątpliwości, na drobne przesunięcia znaczeń, które – choć niepozorne – potrafią zmienić wszystko.
W ostatnich latach coraz częściej pojawia się też w „Przekroju” coś jeszcze: spokojna uważność na to, jak żyjemy na co dzień. Nie jako poradnik ani gotowa recepta, raczej jako spokojne zaproszenie do złapania oddechu, do przyjrzenia się sobie i światu bez pośpiechu. Może właśnie w tym sensie dobrostan okazuje się bliski temu, co „Przekrój” robi od zawsze – pomaga odnaleźć równowagę między tym, co poważne, a tym, co lekkie.
A jednocześnie „Przekrój” zmienia się, jak wszystko wokół. Z tygodnika stał się kwartalnikiem, obecnie jest rocznikiem (jesienią już trzecie wydanie!) i serwisem internetowym. Ale w gruncie rzeczy robi to samo co zawsze: opowiada świat po swojemu. Trochę na przekór, trochę obok, zawsze z ciekawością – i z coraz większą czułością dla tego, co pomaga nam żyć uważniej i pełniej.
Bo jeśli coś przez te 81 lat się nie zmieniło, to właśnie to: potrzeba patrzenia uważniej. Szukania sensu tam, gdzie inni widzą tylko oczywistości. Łączenia powagi z humorem – bo jedno bez drugiego bywa nie do zniesienia.
Osiemdziesiąt jeden lat i wciąż najważniejsze jest to, co między wierszami. A reszta? Jeszcze się dopisze.