Hidden Peak
Z bazy wyruszyliśmy o 3.00 rano. O brzasku stanęliśmy przed śmiertelnym kotłem. Poranna cisza wisiała wśród okalających go wielkich barier lodowych.
Kto się boi, co się boi?
Gdzie owo „boi się” jest?
Wyrzucam z głowy wszelką myśl i ruszamy w niebezpieczeństwo.
[…]
Wkrótce dotarliśmy do południowej grani. Nieoczekiwanie napotkaliśmy na spore trudności. Pokonanie ich wymagało dużego skupienia i rozwagi, gdyż wspinaliśmy się niezwiązani. Powyżej 8 tysięcy metrów, w czasie trawersu poprzez niebezpieczne skałki ku wschodniej stronie szczytu, zaczęły mnie dręczyć wątpliwości, czy obraliśmy właściwy kierunek. Nagle, na płacie śniegu przed sobą, zauważyłem człowieczka. Pochylony pod brzemieniem plecaka najwyraźniej zmierzał w przeciwną, zachodnią stronę.
– Ejże, w złą stronę idziesz – powiedziałem.
Nieruchoma skalna postać na śniegu wyrażała jakąś złowrogą i bezwzględną stanowczość. Tchnęło mnie złe przeczucie. Do licha, może on ma rację – pomyślałem. Kamienny człowieczek wyraźnie kierował nieruchomą, potężną stopę na zachód. Co tu począć?
– Hej, Jurek! – krzyknąłem, szukając jego pomocy.
Ale Jurek niewzruszony, nie dając się zwieść kamiennemu kłamcy, piął się wprost w górę nade mną. Uśmiechnąłem się i pomyślałem z podziwem: Cholerny gnom, lecz nie na Jurka takie sztuczki.
O 14.30 byliśmy na szczycie. U naszych stóp leżało żółtobrunatne skalne pustkowie Sinkiangu. Turnie, bez umiaru wystrzelone w niebo, otwierały na północy drogę do krainy spokojnych śnieżnych wzgórz. Doznałem wrażenia, że jestem w środku długiej wędrówki. Towarzyszyło mi poczucie obecności czegoś ogromnego i bezgranicznie spokojnego. Mimo że obecność tę odczuwałem niepokojąco blisko, nie potrafiłem dojrzeć niczego więcej niż brązowe góry, zamarłe lodowce i chmury cicho pnące się dolinami.
Fragment tekstu z nr. 2023/1984, s. 10. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.