Jesteśmy bardzo zblazowani, jeśli chodzi o nowinki techniczne z dziedziny zabijania. Nic już na nas właściwie nie robi odpowiedniego wrażenia. Konstruktorzy i właściciele fabryk zbrojeniowych postąpili w tej mierze na wzór mało przezornych dyrektorów teatrów rewiowych, co – miast dawkować umiejętnie efekty sceniczne – pakują wszystkie „triki” i pomysły do pierwszej rewii, skutkiem czego już druga robi klapę.
Wynalazki bomb półtonowych, tonowych, sześciotonowych, fosforowych czy rakietowych następowały zbyt szybko po sobie, tak że gdy na scenie rewii światowej ukazała się właściwa jej gwiazda, Mistinguett wszelkiego rodzaju bomb: bomba atomowa, ludzkość – miast stanąć ze zdumienia na głowie, a potem oszaleć – odpowiedziała na tę supersensację zrezygnowanym ziewnięciem.
Od dzisiejszego, tyle ponurego, ile nudnego tła – jakże pełnymi wdzięku kolorami odbija w mym wspomnieniu odległa wizja pierwszego niemieckiego nalotu na Warszawę, z pierwszego roku pierwszej wojny światowej!…
Była to podówczas wiosna i niebo miało kolor, o którym trudno powiedzieć, czy jest błękitny, czy biały, a w mieście panował spokój i nie można było przewidzieć, że za chwilę zostanie całe wstrząśnięte przeżyciem o nieopisanej grozie.
Matka, zaraz po śniadaniu, wysłała mnie i moją siostrę pod opieką bony do Parku Ujazdowskiego, który był bardzo blisko, jako że mieszkaliśmy na Wilczej, pod 16.
Sama tymczasem zaczynała ranną toaletę. Lubiła się ładnie ubrać i mogła sobie na to pozwolić: ojciec mój był jednym z naczelnych inżynierów miasta i dobrze zarabiał, zajmowaliśmy pięciopokojowe mieszkanie, mieliśmy służącą, a nawet, rzecz podówczas dość rzadka, telefon.[…]
Gorset był już zasznurowany i matka wkładała właśnie halkę, gdy telefon zadźwięczał. Dzwoniła ciotka, ogromnie zdenerwowana, z wiadomością, że nad miastem krąży niemiecki samolot. Nowinę tę przyniosła jej służąca ze sklepu korzennego na rogu, tak iż nie mogło być wątpliwości, że jest najzupełniej prawdziwa.
Samolot niemiecki nad Warszawą, więc będzie rzucał bomby! Dzieci w Ogrodzie Ujazdowskim! – Pod matką ugięły się nogi. Zadzwoniła prędko do dwóch jeszcze tylko przyjaciółek, aby nie pozostały bez tak groźnej wieści, po czym zaczęła na gwałt kończyć ubierać się. Włożyła zwężoną w kostkach spódnicę, bluzkę z tiulu, żabot na fiszbinkach pod szyją, żakiet w kratkę i na głowę kapelusz, na którym skrzyżowane były gustownie mewa i kuropatwa, na płask, ponad czołem. Takie kapelusze kładło się tylko od „małego wyjścia”, na ulicę. Kiedy matka wieczorem szła do teatru czy do restauracji, wkładała kapelusz z ogromnym rondem, na którym umieszczona była zagroda chłopska w miniaturze i żywy jamnik. Toaletę uzupełniły rękawiczki do łokcia z siatki i wysoka parasolka z rączką w kształcie żaby.
Wiadomość o samolocie rozeszła się tymczasem szeroko i gdy matka wypadła z domu, na ulicy stały już grupki ludzi zapatrzone w górę. Jednym zdawało się, że coś widzą, innym, że nic i ci byli rozczarowani. Odchodzili zniechęceni, wzruszając ramionami. Strzały artylerii, ich zdaniem, mogły odnosić się do ćwiczeń.
W parku panował popłoch: różne matki biegały wzdłuż ścieżek, szukając dzieci, podczas gdy niektóre z nich – szczęśliwe – uprowadzały już swoje w bezpieczne miejsca. My znaleźliśmy się, Bogu dzięki, dość łatwo. Chodziło teraz o to, gdzie należy nas schować? Matka, po naradzie z grupą innych matek, doszła do wniosku, że najbezpieczniej będzie w kawiarni w Alejach, nazwanej potem Ritz; miała obszerny taras, nakryty szklanym dachem, który powinien był wystarczająco chronić od złych skutków nalotu. Posadziła nas pod nim, zamówiła trzy porcje lodów, po czym zaczęła wyglądać spod szklanego okapu ku górze. Samolot tymczasem krążył dalej nad miastem.
O tej samej, mniej więcej, porze ojciec mój szedł z biura Nowym Światem. Dzień był piękny, więc szedł do figury, w brązowych spodniach w paski, jaśniejszej kamizelce i „jaskółce”, której poły unosiły się z wiatrem. […]
O samolocie dowiedział się w okolicach Placu Trzech Krzyży. Wsadził na nos binokle, przymocowane czarnym sznurkiem do guzika od kamizelki, rozejrzał się po niebie i – dojrzał go. Tak, to był ów niemiecki samolot! Ojciec wyznawał orientację koalicyjną, jako rodowity Poznaniak Niemców serdecznie nienawidził, więc też nie zawahał się ani na jedną chwilę: wziął od przechodzącego żołnierza karabin, wstąpił na schody Kościoła św. Aleksandra, przesunął melonik na lewe ucho, zmierzył się i wypalił. Tłum zebrany na placu odpowiedział gromkim brawem!
Samolot tymczasem krążył dalej nad miastem.
W pewnej chwili jednakże lotnik doszedł do wniosku, iż dłużej tak nie można i wypada coś zdziałać. Wziął w rękę bombę, wychylił się za burtę aparatu i – rzucił!…
Efekt był straszny: bomba spadła na podwórze jednego z domów w okolicy rogu Hożej i Kruczej i wybiła w bruku lej półmetrowej głębokości. Wstrząs spowodowała tak silny, że od podwórza wypadły wszystkie szyby, do wysokości trzeciego piętra. […]
Tak odbył się pierwszy i, bodaj, czy nie ostatni nalot niemiecki na Warszawę podczas pierwszej wojny światowej. Ale technika stała wówczas wiele niżej niż dzisiaj, Niemcy zaś dopiero rozpoczynali swoją karierę dzikich zwierząt.
Fragment tekstu z nr. 34/1945, s. 13. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.