Czterech ponuraków z kamiennymi twarzami i świetnie z nimi skontrastowany solista, który szalał po estradzie, groźnie wywijał statywem od mikrofonu, stroił na pół obrażone miny, tańczył i skakał, śpiewając lub wykrzykując piosenki, z ogromnym zresztą wyczuciem praw estrady i upodobań młodej publiczności.
Ubrany był w strój nieco papuzi. Białe buty, kanarkowe, absolutnie obcisłe spodnie, czerwona, srebrem przetykana koszula, mieniąca się złotymi nićmi brunatna marynarka podbita jaskrawożółtym aksamitem i wielka jedwabna apaszka związana wokół szyi. Stroje innych – podobne, jednak każdy odmienny. Damskie pantofelki ze złotymi klamerkami, barwne marynarki lub żakiety, kolorowe albo białe spodnie, jakieś broszki czy ordery poprzypinane do klap…
Ci czterej to perkusista o demonicznej twarzy i przylizanej fryzurze – Charlie Watts; gitarzysta, grywający okazyjnie także na harmonijkach ustnych, na fujarce, a nawet na czymś w rodzaju elektrycznych gęśli, lnianą, obfitą czupryną przypominający Piasta Kołodzieja – Brian Jones; najskromniejszy w zespole i najpoważniejszy, gitarzysta basowy – Bill Wyman oraz gitarzysta wiodący, o czarnych zmierzwionych włosach, niezbyt inteligentnym wyrazie twarzy i małych czarnych oczkach – Keith Richards. Solistą jest 22-letni Mick Jagger, były student ekonomii, o kociej sylwetce, wielkich mięsistych wargach i agresywnej minie.
Gdy rozsuwa się kurtyna, jest od razu i barwnie, i wesoło, i bardzo, bardzo głośno. Nie dopuszczając nikogo do braw, ani w ogóle do swobodnego oddechu, The Rolling Stones walą w bębny i gitary, a Mick Jagger śpiewa jeden ze swoich pierwszych wielkich przebojów: The Last Time. Swoich, ponieważ on właśnie – i Keith Richards – są autorami niemal całego repertuaru zespołu.
Dziewczęta piszczą jak oszalałe, chłopaki wywijają marynarkami, rozkładają transparenty z napisem „We Love Stones”, a Anula z telewizyjnej Wojny domowej siedzi w drugim rzędzie i robi oko do Jaggera, że hej! Niestety, Jagger nie widzi, bo zajęty jest właśnie Młynarskim. Biedny nasz autor tekstów zasiadł tuż przed nim, w samym środku i zatyka uszy, dbając, aby nie popękały bębenki. Lecz Jagger jest nieustępliwy; nie przerywając piosenki, przedrzeźnia Młynarskiego, palec przykłada do ucha jego gestem i cienko daje do zrozumienia, że jeśli panu M. jest za głośno, to pan M. może wyjść. A robi to z miną dość groźną – on zresztą nie uśmiecha się nigdy. The Rolling Stones to nie operetka, The Rolling Stones to młodzi gniewni. „Twarze dzisiejsze, ale muzyka jutra!” – jak zapewniają reklamy.
The Rolling Stones nie śpiewają rzeczy śmiesznych i nie są zespołem nadmiernie eksponującym poczucie humoru. Przeciwnie. Ich atuty to muzyka wcale awangardowa (jak na rozrywkę), chropowata, szorstka, to dwuznaczność i ostrość tekstów, to wreszcie namiętna pasja i ekspresja w realizowaniu tego na estradzie.
[…]
Dobrze się stało, że mieliśmy możność ich obejrzeć i posłyszeć na żywo: w swoim gatunku są dziś przecież najlepszymi w świecie. Nawet ktoś, kto ma do nich najprzeróżniejsze zastrzeżenia, nie może zaprzeczyć, że Mick Jagger to znakomity wokalista, o wirtuozowskim obyciu estradowym (absolutnie swobodnym, na pół dzikim, niemniej wdzięcznym) i ciekawym, niskim, silnym głosie. Że instrumentaliści są wszyscy wielkiej klasy, a ich utwory (trudno to nazwać piosenkami) muzycznie należą do najlepszych osiągnięć w muzyce młodzieżowej. Może to istotnie „muzyka jutra”?
Może. Natomiast patrząc na długowłose, nieciekawe oblicza, nie byłem pewien, czy twarze są „dzisiejsze”.
Fragment tekstu z nr. 1151/1967, s. 10. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.