Zieloną Gęś Gałczyńskiego powitano oklaskami i gwizdami. Z biegiem czasu entuzjaści wzięli górę nad przeciwnikami. Humor mistrza Konstantego okazał się dostępny, prawie wszyscy się do niego przyzwyczaili, zaczęto posługiwać się nim nawet w życiu codziennym. Nie był on wcale taki „absurdalny”, jakby się zdawało. […]
Dzisiaj prezentujemy „Zieloną Gęś” wyhodowaną dla odmiany… w Paryżu.
Napisał ją Georges* Ionesco […], awangardowy dramaturg, z pochodzenia Rumun, urodzony, zdaje się, we Francji (ożeniony z Chinką; dwoje dzieci). Jest to autor jednoaktowych, jak i pełnospektaklowych sztuk, w których pod groteskowym humorem łatwo się doszukać umiejętności dramatycznych i ostrego satyrycznego spojrzenia na francuskiego mieszczucha. […]
Krótki skecz „Salon samochodowy”, który drukujemy poniżej, przypomina pod wieloma względami „Zieloną Gęś”. Humor Ionesco jest jednak bardziej suchy, zgrzytliwy, mniej poetycki, a bardziej wyrozumowany. […]
* Jak widać, pomyłki zdarzają się nawet najlepszym – słynny dramaturg nosił imię Eugène [przyp. red. 2025].
Salon samochodowy
(Słychać rechot żab, gdakanie kur, rozmaite odgłosy z kurnika, rżenie i beczenie. Ktoś stuka do drzwi).
KLIENT: Dzień dobry pani, czy tu odbywa się Salon Samochodowy?
DZIEWCZYNA: Tak, proszę pana, cóż mogłoby tu być innego?
KLIENT: Proszę mi wybaczyć, oślepiły mnie światła reflektorów. (Dzwonek). Widzi pani, jak głośno trąbią!
DZIEWCZYNA: Kiedy się pan przyzwyczai, przestanie pan na to w ogóle zwracać uwagę.
KLIENT: W pewnym sensie to bardzo szkoda!
DZIEWCZYNA: Niech pan nigdy nie mówi: to bardzo szkoda. Raczej: to wielka szkoda. Nie można nigdy czytać i pisać tak, jak się mówi.
KLIENT: Albo odwrotnie.
DZIEWCZYNA: Czy przyszedł pan na Salon Samochodowy po to, aby uczyć się po francusku? Lekcji udzielamy gdzie indziej, po sześć franków i pół porcji kiszonej kapusty za godzinę!
KLIENT: Nie, dziękuję. Przyszedłem na Salon Samochodowy tylko po to, żeby kupić coś z samochodów.
DZIEWCZYNA: Na kila?
KLIENT: Nie, w całości.
DZIEWCZYNA: W takim razie lepiej będzie poszukać sprzedawcy.
SPRZEDAWCA: Dzień dobry panu. Sprzedawca to ja, jak mawiał Ludwik XIV. A pan – pan jest klient? Czym mogę służyć?
DZIEWCZYNA: Pan chciałby kupić coś z samochodów.
SPRZEDAWCA: Samochód czy samochodę?
KLIENT: Obydwa. Chcę mieć parkę. Nie lubię rozłączać małżeństw.
DZIEWCZYNA: Proszę pokazać panu nasze nowe modele.
KLIENT: Może pani zechce pożyczyć mi swego nosa: nic nie widzę. Zwrócę go pani, odchodząc.
DZIEWCZYNA (obojętnie): Proszę. Może go pan sobie zatrzymać.
KLIENT: Dziękuję pani, lepszy nos w garści niż wróbel na dachu.
SPRZEDAWCA: Proszę pójść za mną.
KLIENT: Tak, może pan liczyć na mnie, mnie, mnie, nie, nie, nie, ie, ie, ie, e.
SPRZEDAWCA: Może pan będzie łaskaw przestać szczekać. Oto nasz pierwszy model. Jest to Molier piętnastokołowy.
KLIENT: Piętnasto?
SPRZEDAWCA: Tak, piętnasto, ale w razie potrzeby może pan łatwo dodać czwarte koło.
KLIENT: Niech się pan nie trudzi. Wiadomo, że piętnaście kół nie daje nigdy więcej niż dwanaście opon.
SPRZEDAWCA: To doskonały samochód. Proszę go uszczypnąć. (Słychać dźwięk trąbki). Widzi pan, doskonale reaguje.
KLIENT: A czy mogę tego także uszczypnąć?
SPRZEDAWCA: Tak, oczywiście, niech pan spróbuje. (Słychać rżenie).
KLIENT: Aj! Boję się.
SPRZEDAWCA: Ach! Przepraszam pana… ale to nie ja, słowo daję, to byk.
KLIENT: Co on tu robi?
SPRZEDAWCA: Brakuje nam sopranu, więc, z przeproszeniem pana, byk pełni funkcję tenora.
[…]
Fragment tekstu z nr. 560/1956, s. 14. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.