Salon samochodowy

Z archiwum „Przekroju”
Eugène Ionesco
Czyta się 4 minuty

Zieloną Gęś Gałczyńskiego powitano oklaskami i gwizdami. Z biegiem czasu entuzjaści wzięli górę nad przeciwnikami. Humor mistrza Konstantego okazał się dostępny, prawie wszyscy się do niego przyzwyczaili, zaczęto posługiwać się nim nawet w życiu codziennym. Nie był on wcale taki „absurdalny”, jakby się zdawało. […]

Dzisiaj prezentujemy „Zieloną Gęś” wyhodowaną dla odmiany… w Paryżu.

Napisał ją Georges* Ionesco […], awangardowy dramaturg, z pochodzenia Rumun, urodzony, zdaje się, we Francji (ożeniony z Chinką; dwoje dzieci). Jest to autor jednoaktowych, jak i pełnospektaklowych sztuk, w których pod groteskowym humorem łatwo się doszukać umiejętności dramatycznych i ostrego satyrycznego spojrzenia na francuskiego mieszczucha.  […]

Krótki skecz „Salon samochodowy”, który drukujemy poniżej, przypomina pod wieloma względami „Zieloną Gęś”. Humor Ionesco jest jednak bardziej suchy, zgrzytliwy, mniej poetycki, a bardziej wyrozumowany. […]

* Jak widać, pomyłki zdarzają się nawet najlepszym – słynny dramaturg nosił imię Eugène [przyp. red. 2025].

Salon samochodowy

(Słychać rechot żab, gdakanie kur, rozmaite odgłosy z kurnika, rżenie i beczenie. Ktoś stuka do drzwi).

KLIENT: Dzień dobry pani, czy tu odbywa się Salon Samochodowy?

DZIEWCZYNA: Tak, proszę pana, cóż mogłoby tu być innego?

KLIENT: Proszę mi wybaczyć, oślepiły mnie światła reflektorów. (Dzwonek). Widzi pani, jak głośno trąbią!

DZIEWCZYNA: Kiedy się pan przyzwyczai, przestanie pan na to w ogóle zwracać uwagę.

KLIENT: W pewnym sensie to bardzo szkoda!

DZIEWCZYNA: Niech pan nigdy nie mówi: to bardzo szkoda. Raczej: to wielka szkoda. Nie można nigdy czytać i pisać tak, jak się mówi.

KLIENT: Albo odwrotnie.

DZIEWCZYNA: Czy przyszedł pan na Salon Samochodowy po to, aby uczyć się po francusku? Lekcji udzielamy gdzie indziej, po sześć franków i pół porcji kiszonej kapusty za godzinę!

KLIENT: Nie, dziękuję. Przyszed­łem na Salon Samochodowy tylko po to, żeby kupić coś z samochodów.

DZIEWCZYNA: Na kila?

KLIENT: Nie, w całości.

DZIEWCZYNA: W takim razie lepiej będzie poszukać sprzedawcy.

SPRZEDAWCA: Dzień dobry panu. Sprzedawca to ja, jak mawiał Ludwik XIV. A pan – pan jest klient? Czym mogę służyć?

DZIEWCZYNA: Pan chciałby kupić coś z samochodów.

SPRZEDAWCA: Samochód czy samochodę?

KLIENT: Obydwa. Chcę mieć parkę. Nie lubię rozłączać małżeństw.

DZIEWCZYNA: Proszę pokazać panu nasze nowe modele.

KLIENT: Może pani zechce pożyczyć mi swego nosa: nic nie widzę. Zwrócę go pani, odchodząc.

DZIEWCZYNA (obojętnie): Proszę. Może go pan sobie zatrzymać.

KLIENT: Dziękuję pani, lepszy nos w garści niż wróbel na dachu.

SPRZEDAWCA: Proszę pójść za mną.

KLIENT: Tak, może pan liczyć na mnie, mnie, mnie, nie, nie, nie, ie, ie, ie, e.

SPRZEDAWCA: Może pan będzie łaskaw przestać szczekać. Oto nasz pierwszy model. Jest to Molier piętnastokołowy.

KLIENT: Piętnasto?

SPRZEDAWCA: Tak, piętnasto, ale w razie potrzeby może pan łatwo dodać czwarte koło.

KLIENT: Niech się pan nie trudzi. Wiadomo, że piętnaście kół nie daje nigdy więcej niż dwanaście opon.

SPRZEDAWCA: To doskonały samochód. Proszę go uszczypnąć. (Słychać dźwięk trąbki). Widzi pan, doskonale reaguje.

KLIENT: A czy mogę tego także uszczypnąć?

SPRZEDAWCA: Tak, oczywiście, niech pan spróbuje. (Słychać rżenie).

KLIENT: Aj! Boję się.

SPRZEDAWCA: Ach! Przepraszam pana… ale to nie ja, słowo daję, to byk.

KLIENT: Co on tu robi?

SPRZEDAWCA: Brakuje nam sopranu, więc, z przeproszeniem pana, byk pełni funkcję tenora.

[…]

Fragment tekstu z nr. 560/1956, s. 14. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Demokratyczny savoir-vivre 1976

Z archiwum „Przekroju”
Jan Kamyczek

ZMARTWIONA KASIA: „Po jego powrocie z ferii powiedziałam mu, że był u mnie kolega z Warszawy. Od tego czasu wszystko zaczęło się psuć między nami, zaczęliśmy spotykać się rzadziej, wreszcie wcale, prócz na terenie wspólnych zainteresowań, gdzie rozmawiamy ze sobą bardzo mało. Co zrobić, żeby sprawa wyjaśniła się? Czyżby był taki zazdrosny? Rozumie przecież, że mogę mieć kolegów”. – Na feriach poznał dziewczynę, to najprostsze wyjaśnienie. Domysł ten jednak zatrzymaj dla siebie, nie trzeba ułatwiać mu deklaracji zerwania, która w przeciwnym razie może wcale nie nastąpić, bo naprawdę nie będzie miał odwagi, a potem o dziewczynie z ferii przestanie myśleć (nieobecne mają słabe szanse).

BOGNA: – Owszem, możesz mu dać na Gwiazdkę swoją fotografię z dedykacją. W formułce: Od wiernej na zawsze… opuś­ciłbym to na zawsze, bo kto wie.

Czytaj dalej