Pani Picard pierwsza zechciała odkryć los wypisany na moim czole. „Ten mały będzie pisał” – rzekła z przekonaniem.
Dziadka poinformowano ostrożnie, obawiano się wybuchu. Ograniczył się do wzruszenia ramionami.
Pewnego dnia, kiedy czytałem, leżąc u jego stóp, podczas jednego z tych skamieniałych, niekończących się milczeń, jakie nam narzucał, przyszła mu do głowy myśl, która sprawiła, że zapomniał o mojej obecności; spojrzał na matkę z wymówką: – A gdyby sobie wbił do głowy żyć z pióra?
Dziadek cenił Verlaine’a, którego wybór wierszy posiadał. Ale zdawało mu się, że widział go w roku 1894, kiedy „pijany jak świnia” wchodził do knajpy przy ulicy Saint-Jacques. To spotkanie utwierdziło go w pogardzie dla zawodowych pisarzy.
Pewnego dnia oznajmił, że chce ze mną mówić jak mężczyzna z mężczyzną, kobiety usunęły się, wziął mnie na kolana i rozpoczął poważną rozmowę. Będę pisał, rzecz jest postanowiona; powinienem znać go na tyle, by nie obawiać się, że pokrzyżuje moje plany. Ale trzeba odważnie spojrzeć rzeczywistości w twarz: literatura nie żywi. Czy wiem, że sławni pisarze umierali z głodu? Że inni, aby jeść, sprzedawali się? Jeśli chcę zachować niezależność, muszę zyskać drugi zawód.
Zawód profesora daje dużo wolnego czasu; zajęcia pracowników uniwersyteckich są bliskie literatom; będę nieustannie przechodził z jednego kapłaństwa w drugie, będę żył w bliskim kontakcie z wielkimi autorami; odkrywał ich dzieła uczniom, sam jednocześnie czerpiąc natchnienie. Samotność na prowincji umilać sobie będę układaniem poematów, przekładaniem Horacego białym wierszem, pisaniem „kronik literackich” do miejscowych gazet. W „Przeglądzie Pedagogicznym” ukaże się mój błyskotliwy esej o nauczaniu greki, inny – o psychologii młodzieży; po mojej śmierci odnajdą w szufladzie nieopublikowane utwory, rozważania o morzu, komedię w jednym akcie, kilka subtelnych a uczonych stronic o posągach w Aurillac, słowem coś, co zasłuży na pośmiertne wydanie, które ukaże się staraniem moich dawnych uczniów.
Zbity z tropu, z posłuszeństwa dla Karla, zgodziłem się na pracowitą karierę drugorzędnego pisarza. Krótko mówiąc, pchnął mnie on w literaturę dzięki staraniom, jakie włożył, aby mnie od niej odciągnąć. Do tego stopnia, że zdarza mi się jeszcze dzisiaj, kiedy jestem w złym humorze, zastanawiać się, czy nie strawiłem tylu dni i tylu nocy, nie zapisałem tylu stronic, nie rzuciłem na rynek tylu książek, których nikt nie potrzebował, w jedynej i szalonej nadziei przypodobania się własnemu dziadkowi.
Fragment tekstu z nr. 1000/1964, s. 10. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.