Śniadanie w Warszawie. Kolacja w Kairze (od specjalnego wysłannika„Przekroju”)

Z archiwum „Przekroju”
Olgierd Budrewicz
Czyta się 2 minuty

Pewnego piątku o godzinie 12.55 z warszawskiego lotniska Okęcie wystartował samolot „Flying Viking” Skandynawskich Linii Lotniczych (SAS), aby odbyć dalszy odcinek drogi Kopenhaga–Kair. Tego dnia Polska włączyła się na dobre w system światowych szlaków powietrznych, a Warszawa wymieniona została jako etapowy punkt na nowej wielkiej linii lotniczej: Skandynawia–Bliski Wschód.

Na pokładzie samolotu znajdował się Wasz reporter.

Tej nocy dotkniemy kołami betonu lotniska w stolicy Zjednoczonej Republiki Arabskiej. Po drodze zawiniemy do portów lotniczych w Budapeszcie, Istambule i Damaszku.

Zawiśliśmy nad malowniczymi chmurami – jak na tym filmie, co to wiadomo, że robiony w studio. Już po kilku minutach lotu zaczyna się rytuał gastronomiczny, który nie skończy się aż do ostatecznego lądowania. […]

Aż do Damaszku lot odbywał się bez zakłóceń. Po raz pierwszy rzuciło maszyną w chwili, gdy ktoś z załogi oświadczył przez głośnik, że właśnie będziemy lądować w stolicy prowincji północnej Zjednoczonej Republiki Arabskiej, że należy przestać palić i zapiąć pasy. Prawie natychmiast po tym przemówieniu zaczęło nami szamotać, jakby Douglas DC-6B protestował przeciwko zamiarowi dotknięcia powierzchni ziemi w Syrii.

Na zewnątrz nie było jednej chmurki. Damaszek widziany z góry był wesoły jak lunapark. Poeta powiedziałby, że to miliony kropli rtęci rozpryskane na matowej powierzchni.

Piękno widoków nie chwytało jakoś nikogo za serce, bo z samolotem działy się rzeczy coraz dziwniejsze. Kupą metalu, składającą się z przerażającej ilości 40 tysięcy części, miotało teraz na wszystkie strony w sposób tak dalece nieskoordynowany, że trudno było zająć rozsądną pozycję w fotelu.

Byliśmy już całkiem nisko, schodziliśmy lotem niemal nurkowym. Stewardesa spacerowała wzdłuż maszyny z uśmiechem przylepionym do ust. Nikt nie wątpił, że uśmiech jest sztuczny, ale wszyscy przyjmowali go z wdzięcznością. Kilka nagłych próżni, w które zapadliśmy, zmusiło jednak dziewczynę do zajęcia miejsca siedzącego.

Samolot trzepotał się nisko nad ziemią, co można było wnioskować z pojawiających się za oknem świateł. Potężne uderzenie od spodu zachwiało równowagą – zwłaszcza psychiczną – pasażerów, ale było to tylko zetknięcie się kół z lotniskiem.

Fragment tekstu z nr. 687/1958, s. 7. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

81. urodziny „Przekroju” 81. urodziny „Przekroju”
i
rysunek: Marek Raczkowski
Doznania

81. urodziny „Przekroju”

Marcin Orliński

Czemu mamy hecne miny?
„Przekrój” ma dziś urodziny!

Jaki wynik? Osiem jeden.
Spoglądamy więc za siebie.

Czytaj dalej