Pewnego piątku o godzinie 12.55 z warszawskiego lotniska Okęcie wystartował samolot „Flying Viking” Skandynawskich Linii Lotniczych (SAS), aby odbyć dalszy odcinek drogi Kopenhaga–Kair. Tego dnia Polska włączyła się na dobre w system światowych szlaków powietrznych, a Warszawa wymieniona została jako etapowy punkt na nowej wielkiej linii lotniczej: Skandynawia–Bliski Wschód.
Na pokładzie samolotu znajdował się Wasz reporter.
Tej nocy dotkniemy kołami betonu lotniska w stolicy Zjednoczonej Republiki Arabskiej. Po drodze zawiniemy do portów lotniczych w Budapeszcie, Istambule i Damaszku.
Zawiśliśmy nad malowniczymi chmurami – jak na tym filmie, co to wiadomo, że robiony w studio. Już po kilku minutach lotu zaczyna się rytuał gastronomiczny, który nie skończy się aż do ostatecznego lądowania. […]
Aż do Damaszku lot odbywał się bez zakłóceń. Po raz pierwszy rzuciło maszyną w chwili, gdy ktoś z załogi oświadczył przez głośnik, że właśnie będziemy lądować w stolicy prowincji północnej Zjednoczonej Republiki Arabskiej, że należy przestać palić i zapiąć pasy. Prawie natychmiast po tym przemówieniu zaczęło nami szamotać, jakby Douglas DC-6B protestował przeciwko zamiarowi dotknięcia powierzchni ziemi w Syrii.
Na zewnątrz nie było jednej chmurki. Damaszek widziany z góry był wesoły jak lunapark. Poeta powiedziałby, że to miliony kropli rtęci rozpryskane na matowej powierzchni.
Piękno widoków nie chwytało jakoś nikogo za serce, bo z samolotem działy się rzeczy coraz dziwniejsze. Kupą metalu, składającą się z przerażającej ilości 40 tysięcy części, miotało teraz na wszystkie strony w sposób tak dalece nieskoordynowany, że trudno było zająć rozsądną pozycję w fotelu.
Byliśmy już całkiem nisko, schodziliśmy lotem niemal nurkowym. Stewardesa spacerowała wzdłuż maszyny z uśmiechem przylepionym do ust. Nikt nie wątpił, że uśmiech jest sztuczny, ale wszyscy przyjmowali go z wdzięcznością. Kilka nagłych próżni, w które zapadliśmy, zmusiło jednak dziewczynę do zajęcia miejsca siedzącego.
Samolot trzepotał się nisko nad ziemią, co można było wnioskować z pojawiających się za oknem świateł. Potężne uderzenie od spodu zachwiało równowagą – zwłaszcza psychiczną – pasażerów, ale było to tylko zetknięcie się kół z lotniskiem.
Fragment tekstu z nr. 687/1958, s. 7. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.