Szklarska trąci Kamerunem

Z archiwum „Przekroju”
Leopold Tyrmand
Czyta się 3 minuty

Wydaje mi się, że można już w tej chwili wycenić pewne fazy, w jakich kształtował się stosunek społeczeństwa do Ziem Odzyskanych. Każdą z tych faz scharakteryzowałbym pewnym złożonym stanem emocjonalnym. Stanów tych widzę trzy.

Pierwszy jest okresem zemsty i triumfu. Ludzie jeździli na Zachód, aby nasycić się zwycięstwem i zadośćuczynieniem. Stosunek społeczeństwa do Zachodu był czysto emocjonalny. Dławiło ze wzruszenia w gardle, gdyś patrzył na zgiętych Niemców na ulicach Wrocławia, Gliwic, Opola. Po sześciu latach. Była to raczej krótka faza.

Drugi jest okresem awanturniczo-ekonomicznym. Pojawiają się terminy: „Dziki Zachód” i „szaber”, w ścisłej ze sobą łączności. Nieskończone zagony ciągną na Ziemie Odzyskane po zarobek i przygodę. Stosunek przybyszów do Zachodu zaprawiony jest dreszczykiem sensacji i niepokoju, jak przy każdym kolonizowaniu.

Trzecia faza to aktualność. Cechuje ją rozmaitość. Trudno jest definiować całokształt stosunku do Ziem Odzyskanych ludzi na nich mieszkających. Nie mógłbym ogarnąć wszystkiego. Chciałbym napisać tylko o jednym aspekcie psychiki pewnych ludzi na tych ziemiach. Zauważyłem bowiem, że w Szklarskiej Porębie mieszkańcy mają czasami mentalność kolonialną. Szklarska kazała mi myśleć o Hawajach. Mówi się, że to niby 50. stan Zjednoczonych Stanów, ale ci, którzy mają na Hawajach hotele, sanatoria i plantacje, myślą sobie w duchu, że to jednak kolonia.

Hawaje – w porządku, ale w Szklarskiej tak być nie powinno.

W koloniach każdy biały ma „swojego” krajowca. W kolonialnym systemie społecznym zeszłowiecznych stanów południowych w Ameryce Północnej każdy plantator miał swego ulubionego Murzyna. Reszta była znienawidzona. Przy kolonialnym stosunku dawnej szlachty polskiej do Żydów każdy szlachcic miał „swojego” Żyda. Pozostałych traktowano wrogo.

W Szklarskiej prawie każdy pensjonat ma swoją Niemkę. Niemców w zasadzie wysiedlono i Niemców się nie znosi. Pozostaje tylko ta jedna Truda, Greta czy Hedwig, którą się nawet lubi. Zresztą jest uniżona, rozpłaszczona, grzeczna aż do przesady, wydajna w pracy, obowiązkowa. Jak doskonały chiński kucharz czy malajski tragarz. Stanowi problem kolonialny.

Pochodne stąd jest zagadnienie języka. We wszystkich koloniach świata mieszane narzecze kolonialne, sztuczny aliaż języka panów i służby, kolonizatorów i tubylców, nazywa się „pidgin”. Jest „pidgin-english”, „pidgin-dutch”. W Szklarskiej słyszałem swoisty rodzaj „polish-pidgin”, żargon polsko-niemiecki, używany dla porozumienia się z niemiecką służbą. Nawet całkiem wygodny dla za­łatwiania wielu rzeczy. Gospodynie Pol­ki, gdy zapytać, dlaczego nie zmuszają Niemek do uczenia się po polsku, wzruszają ramionami. Po co, kiedy tak jest łatwiej, a Truda jest przecież i tak niezastąpiona… Bezmiar kolonialności. Nie ma ambicji unarodowiania i przebudowy, jest tylko akces kolonialnej łatwizny w układaniu wzajemnych stosunków. Wraz z całkowitym brakiem wyczucia i oceny, jak niebezpieczne potrafią być ludy kolonialne.

Fragment tekstu z nr. 160/1948, s. 6. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Demokratyczny savoir-vivre 1976

Z archiwum „Przekroju”
Jan Kamyczek

ZMARTWIONA KASIA: „Po jego powrocie z ferii powiedziałam mu, że był u mnie kolega z Warszawy. Od tego czasu wszystko zaczęło się psuć między nami, zaczęliśmy spotykać się rzadziej, wreszcie wcale, prócz na terenie wspólnych zainteresowań, gdzie rozmawiamy ze sobą bardzo mało. Co zrobić, żeby sprawa wyjaśniła się? Czyżby był taki zazdrosny? Rozumie przecież, że mogę mieć kolegów”. – Na feriach poznał dziewczynę, to najprostsze wyjaśnienie. Domysł ten jednak zatrzymaj dla siebie, nie trzeba ułatwiać mu deklaracji zerwania, która w przeciwnym razie może wcale nie nastąpić, bo naprawdę nie będzie miał odwagi, a potem o dziewczynie z ferii przestanie myśleć (nieobecne mają słabe szanse).

BOGNA: – Owszem, możesz mu dać na Gwiazdkę swoją fotografię z dedykacją. W formułce: Od wiernej na zawsze… opuś­ciłbym to na zawsze, bo kto wie.

Czytaj dalej