Wydaje mi się, że można już w tej chwili wycenić pewne fazy, w jakich kształtował się stosunek społeczeństwa do Ziem Odzyskanych. Każdą z tych faz scharakteryzowałbym pewnym złożonym stanem emocjonalnym. Stanów tych widzę trzy.
Pierwszy jest okresem zemsty i triumfu. Ludzie jeździli na Zachód, aby nasycić się zwycięstwem i zadośćuczynieniem. Stosunek społeczeństwa do Zachodu był czysto emocjonalny. Dławiło ze wzruszenia w gardle, gdyś patrzył na zgiętych Niemców na ulicach Wrocławia, Gliwic, Opola. Po sześciu latach. Była to raczej krótka faza.
Drugi jest okresem awanturniczo-ekonomicznym. Pojawiają się terminy: „Dziki Zachód” i „szaber”, w ścisłej ze sobą łączności. Nieskończone zagony ciągną na Ziemie Odzyskane po zarobek i przygodę. Stosunek przybyszów do Zachodu zaprawiony jest dreszczykiem sensacji i niepokoju, jak przy każdym kolonizowaniu.
Trzecia faza to aktualność. Cechuje ją rozmaitość. Trudno jest definiować całokształt stosunku do Ziem Odzyskanych ludzi na nich mieszkających. Nie mógłbym ogarnąć wszystkiego. Chciałbym napisać tylko o jednym aspekcie psychiki pewnych ludzi na tych ziemiach. Zauważyłem bowiem, że w Szklarskiej Porębie mieszkańcy mają czasami mentalność kolonialną. Szklarska kazała mi myśleć o Hawajach. Mówi się, że to niby 50. stan Zjednoczonych Stanów, ale ci, którzy mają na Hawajach hotele, sanatoria i plantacje, myślą sobie w duchu, że to jednak kolonia.
Hawaje – w porządku, ale w Szklarskiej tak być nie powinno.
W koloniach każdy biały ma „swojego” krajowca. W kolonialnym systemie społecznym zeszłowiecznych stanów południowych w Ameryce Północnej każdy plantator miał swego ulubionego Murzyna. Reszta była znienawidzona. Przy kolonialnym stosunku dawnej szlachty polskiej do Żydów każdy szlachcic miał „swojego” Żyda. Pozostałych traktowano wrogo.
W Szklarskiej prawie każdy pensjonat ma swoją Niemkę. Niemców w zasadzie wysiedlono i Niemców się nie znosi. Pozostaje tylko ta jedna Truda, Greta czy Hedwig, którą się nawet lubi. Zresztą jest uniżona, rozpłaszczona, grzeczna aż do przesady, wydajna w pracy, obowiązkowa. Jak doskonały chiński kucharz czy malajski tragarz. Stanowi problem kolonialny.
Pochodne stąd jest zagadnienie języka. We wszystkich koloniach świata mieszane narzecze kolonialne, sztuczny aliaż języka panów i służby, kolonizatorów i tubylców, nazywa się „pidgin”. Jest „pidgin-english”, „pidgin-dutch”. W Szklarskiej słyszałem swoisty rodzaj „polish-pidgin”, żargon polsko-niemiecki, używany dla porozumienia się z niemiecką służbą. Nawet całkiem wygodny dla załatwiania wielu rzeczy. Gospodynie Polki, gdy zapytać, dlaczego nie zmuszają Niemek do uczenia się po polsku, wzruszają ramionami. Po co, kiedy tak jest łatwiej, a Truda jest przecież i tak niezastąpiona… Bezmiar kolonialności. Nie ma ambicji unarodowiania i przebudowy, jest tylko akces kolonialnej łatwizny w układaniu wzajemnych stosunków. Wraz z całkowitym brakiem wyczucia i oceny, jak niebezpieczne potrafią być ludy kolonialne.
Fragment tekstu z nr. 160/1948, s. 6. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.