Demon psychoanalizy Demon psychoanalizy
i
Kadr z filmu „Dziedzictwo. Hereditary”
Opowieści

Demon psychoanalizy

Jakub Popielecki
Czyta się 7 minut

Gdyby horror mógł się bać, bałby się drwiny. Strach i śmiech leżą dość blisko siebie. Wie o tym dobrze choćby Sam Raimi, twórca groteskowej, śmieszno-strasznego cyklu Martwe zło. A jednak twórcy horrorów sięgają po humor zazwyczaj dopiero w warunkach wyczerpania formuły, w charakterze chwytu za brzytwę (patrz: późne części tasiemcowych serii grozy, Koszmar z ulicy Wiązów 18 albo Piątek trzynastego 13). Horror to bowiem – obok komedii – jeden z najbardziej „wymiernych” gatunków filmowych. Albo się śmiejesz, albo nie; albo się boisz, albo nie – i tyle jeśli chodzi o recenzję. Śmiech na seansie horroru? Tak brzmi porażka.

Dlaczego zatem ludzie zaśmiewają się do rozpuku, oglądając co-najmniej-niezłe-a-powiedziałbym-nawet-że-naprawdę-dobre Dziedzictwo. Hereditary? Sam słyszałem: siedzący kilka rzędów przede mną pan najpierw ze strachu podskoczył na fotelu i z przerażenia aż zaklął w niebogłosy,  a chwilę potem przewodził już całkiem licznej loży szyderców. Czy chodziło o odreagowanie płynącej z ekranu traumy? O zasłonięcie się tarczą ironicznego dystansu? O zemstę widzów za to, że dali się podejść? A może była to reakcja na irytującą kompromisowość polskiego tytułu (dystrybutor ewidentnie nie mógł się zdecydować: tłumaczyć czy nie)? Chyba jednak chodzi o coś innego. Horror, jak każdy gatunek filmowy, jest zabawą z oczekiwaniami, z ich twórczym spełnianiem bądź negowaniem. Państwo na sali po prostu oczekiwali czego innego.

Wspomniana „wymierność” sprawdza się bowiem, kiedy mamy do czynienia z grającymi według klasycznych reguł produkcjami (ot, choćby taka Obecność). Dziedzictwu tymczasem bliżej do licznych ostatnimi czasy „post-horrorów”, czytaj: „horrorów z ambicjami”. Do Czarownicy, Uciekaj!, Coś za mną chodzi, Babadooka czy To przychodzi po zmroku. Czyli filmów, w których groza nie jest celem, tylko środkiem do celu. Filmów, w których społeczno-psychologiczne podteksty gatunku stają się po prostu tekstem. W Dziedzictwie jest podobnie. Reżyser Ari Aster zamiast oferować proste horrorowe (nie)przyjemności, idzie w dramat psychologiczny. Zamiast mnożyć jump-scare’y,  mnoży aluzje do greckiej tragedii. Co ciekawe, kiedy już opadnie kurz, okazuje się, że opowiadał nam dużo prostszą – i dużo bardziej typową – historię, niż myśleliśmy. Ale dla wielu widzów jest już wówczas za późno. Kiedy po dwóch godzinach upiornej psychodramy powraca nagle gatunek, wielu odbiera to jako zgrzyt. Szkoda.

Szkoda, bo Aster wybiera bardzo ciekawy punkt widzenia, z którego – jak się okazuje – można świeżo opowiedzieć starą dobrą opowieść z dreszczykiem. Świeżo, bo z akcentami przesuniętymi tak, że straszyć zaczynają nas nie jakieś nadprzyrodzone duchy i inne szatany, a codzienność: rodzina, wychowanie, dziedziczenie, żałoba. Oto umiera seniorka rodu pozostawiając po sobie pogrążoną w smutku rodzinę: córkę Annie, lunatykującą artystkę dokumentującą swoje życie w serii miniaturowych modeli, starającego się zachować normalność zięcia Steve’a (Gabriel Byrne) oraz parę wnuczków: wałkoniowatego Petera (Alex Wolf) i jego młodszą siostrę, dziwną, aspołeczną Charlie (Milly Shapiro). Rusza wiwisekcja dotkniętej traumą familii – robi się poważnie i psychologicznie.

A jednak – wbrew pozorom – reżyser nie sprzeniewierza się gatunkowi. W przeciwieństwie do wielu próbujących „uszlachetnić” horror twórców, Aster nie wychodzi z pozycji protekcjonalnej, nie wypiera się swojego, dziedzictwa: Dziecka Rosemary, Kultu czy Lśnienia. Choć Hereditary gęste jest od metafor (dom rodzinny, miniaturka domu rodzinnego, domek na drzewie), to sama paranormalna, okultystyczna otoczka metaforą już nie jest. Nie spodziewajcie się finału w stylu „i wtedy się obudziła, uświadomiwszy sobie, że to, co ją nawiedza, to jedynie wyrzuty sumienia”. Zło jest tu złem przez wielkie „Z”, złem spod znaku trzech szóstek – a nie filmowym kostiumem, który można porzucić z wyżyn arthouse’owego snobizmu. Stąd też dysonans poznawczy, jaki rodzi się w kontakcie z filmem: Dziedzictwo wymaga bowiem widza niby ambitnego, ale nieuprzedzonego. Takiego, który łyknie psychodramę czy nawet wyłapie kolejne kulturowe konteksty, ale też nie obrazi się na brak cudzysłowu, gdy przyjdzie pora pokazać czarcie kopytko (nie żeby w filmie faktycznie się jakieś pojawiało).

Tak usposobiony odbiorca być może doceni popisową inscenizację przestrzeni w kadrze, precyzyjnie budowane napięcie, niezgodę na uciekanie się do prostych „straszaków”, nienachalną fabularną ekspozycję, brawurowo przygotowany, prawdziwie szokujący zwrot akcji. Aster i jego aktorzy – zwłaszcza Colette i Wolf – są też świetni w perfidnym rozciąganiu w czasie niewygodnych emocjonalnie momentów, w wydobywaniu czystej grozy ze zwykłych sytuacji, gdy trzeba nagle stawić czoła konsekwencjom tego, co się zrobiło albo powiedziało. Reżyser bardzo ciekawie gra tu samymi twarzami aktorów: idąc śladem Kubricka, wynajduje horror w okrutnych zbliżeniach. Grymasy przerażenia, grozy i szoku funkcjonują tu niemal jak maski w teatrze antycznym: zastygłe na twarzach Colette czy Wolfa wyzwalacze litości i trwogi.

Kontekst greckiej tragedii – usilnie podpowiadany przez reżysera – nie jest jednak może najmocniejszą stroną filmu. Pokazując więzy krwi jako rodzaj fatum, Aster odbiera swojej historii pewną dynamikę (nazwijmy ją metafizyczną). Widać to jednak jasno dopiero po seansie filmu, a najlepiej w kontraście z, powiedzmy, wspomnianą Czarownicą Roberta Eggersa. Tam relacja człowieka ze złem okazywała się dużo bardziej elastyczna i dwuznaczna: drżąc przed diabłem, sami go niejako zapraszamy, a kiedy ten wreszcie przybywa, wychodzi na to, że ma dla nas całkiem atrakcyjną ofertę. U Astera nie ma zaś podobnego moralitetu, nie ma psychomachii, nie ma wyboru. Nieprzypadkowo wciąż powraca metafora modelu, makiety. Cały czas oglądamy przecież, jak dokonuje się zaplanowany z góry schemat, jak bohaterowie-marionetki szamocą się na nitkach prowadzących w dół drzewa genealogicznego. Oczywiście, trudno szukać w tym wady filmu, zwłaszcza, że Aster przeprowadza swój wywód piętrowo, łącznie z wymiarem genderowym (role społeczne i kulturowe też okazują się z góry rozdane). Ale jest w tej wizji fatum jakiś automatyzm, który – być może – obniża finałową stawkę filmu.

„Grecki tragizm” Dziedzictwa ma również swoje plusy. Brak bowiem w filmie nie tylko moralitetu, ale i innych, zużytych do cna przez horror chrześcijańskich gadżetów: krucyfiksu, kozła, księdza. Tajemniczość i groza odkrywana przez bohaterów w pozornie znajomej, przytulnej przestrzeni rodzinnego domu, odsyła raczej do Freuda i jego koncepcji „niesamowitego” (unheimlich). Ojciec psychoanalizy pisał, że w kontakcie z „niesamowitym” objawia się dysonans poznawczy: ślad, że coś zostało wyparte. Może zatem fakt, że samo Dziedzictwo prowokuje podobny dysonans u widzów, to nie przypadek? Bo o czym jest to film, jeśli nie o tym, że nieświadome da się wyrazić jedynie przez sztukę? Stąd przecież wszechobecne miniatury, które skrupulatnie buduje lunatyczka Annie, stąd hipnotyzujący klimat snu na jawie, stąd nagłe przeskoki między nocą a dniem, jakby w poszukiwaniu jakiegoś miejsca granicznego. Miejsca, w którym da się schwytać to, co wyparte, gdzie psychoanaliza spotyka się z mitem, gdzie fantastyka przeplata się z głębinami ludzkiego umysłu. I potem na sali kinowej – śmiejąc się lub trzęsąc ze strachu – przypominamy sobie, że niedaleko pada horror od psychoanalizy, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Zaiste, dziedzictwo.

Czytaj również:

Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana
i
„Wielki Czerwony Smok i Bestia z Morza" (The Great Red Dragon and the Beast from the Sea), William Blake, ok. 1805 r., National Gallery of Art (domena publiczna)
Opowieści

Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Ira Levin

Rosemary urodziła dziecko. Martwe — powiedział doktor Sapirstein, jednak mąż ustąpił, a dziecko… urodziło się następcą, zdrowe. Ale dziecko żyje, było u Minnie i Romana. Karmili je jej mlekiem. Rosemary przez szparę ścienną dostaje się do ich mieszkania…

Matka Szatana

W wykuszu jedynego, ogromnego okna stał wielki wózek dziecięcy. Był cały czarny; przybrany koronkami, frędzlami i falbanami z czarnej organdyny. Na czarnej wstążce przypiętej do czarnej budy obracała się jakaś srebrna ozdoba.
Nie żyje? Ale nie, niepotrzebnie się przestraszyła, sztywna organdyna drżała, srebrna ozdoba poruszała się lekko.
Był tam. W tym wieku monstrualnych, zbrodniczych wiedźm.
Tą srebrną ozdobą był odwrócony do góry nogami krucyfiks; czarna wstążka opasywała kostki Jezusa.
Zdumiewające, ale nie zauważyli. Nadal gawędzili, słuchali, popijali, zajęci miłym życiem towarzyskim, tak jakby ona była duchem albo jakby jej w ogóle nie było. Stał tam, mąż, Guy (kontrakty?), pan Fountain, państwo Wees, Laura-Louise i schludny młody Japończyk w okularach — wszyscy oni zgromadzili się pod wiszącym nad kominkiem portretem Adriana Marcato. Tylko on ją dojrzał. Stał, patrząc na nią, nieruchomy, potężny, a jednak bezsilny, malowidło.
Potem dojrzał ją także Roman; odstawił drinka i dotknął ramienia Minnie. Zapadła nagle cisza, a ci, którzy siedzieli plecami do drzwi, zaciekawieni odwrócili głowy. Guy uniósł się z krzesła, ale usiadł z powrotem. Laura-Louise zakryła dłońmi usta i zaczęła kwilić. Helen Wees powiedziała:
— Wracaj do łóżka, Rosemary. Wiesz, że nie możesz wstawać.
— Zwariowała albo zabiera się do parapsychologii. — Co ta matka? — spytał Japończyk, a gdy Roman skinął głową, syknął na Helen i przystąpił do Rosemary z zainteresowaniem.
— Zabiła Leah — powiedział pan Fountain wstając. — Zabiła moją Leah. Zabiłaś ją? Gdzie ono jest? — Zabiłaś moją Leah…
Rosemary patrzyła na nich, patrzyła na Guya. Guy opuścił wzrok z zaczerwienioną twarzą.
Zacisnęła palce na rękojeści noża.
— Tak — powiedziała. — Zabiłam ją. Zakłułam na śmierć. Wymierzam nóż, a teraz zabiję każdego, kto się do mnie zbliży. Powiedz im, Guy, jak bije nóż we mnie.
Guy milczał. Pan Fountain usiadł z dłonią przyciśniętą do serca. Laura-Louise kwiliła.
Obserwując ich bacznie, Rosemary ruszyła ręką w kierunku wózka.
— Rosemary — zaczął Roman.
— Zamknij się! — przerwała.
— Zanim spojrzysz na…
— Zamknij się! Jesteś w Dubrowniku. Nie słyszę cię.
— Zostaw ją! — powiedziała Minnie.
Nie spuszczała z nich wzroku, dopóki nie znalazła się przy wózku; nożem groziła im w ich kierunku. Wolną ręką ujęła umieszczony z przodu czarny uchwyt i obróciła wózek powoli, delikatnie, aby do niego zajrzeć. Tafta chrzęściła; żywe koła skrzypiały.
Uśpiony, słodki, maleńki Andy o różowej buzi leżał owinięty w miły czarny kocyk; jego rączki odziane były na czarne rękawiczki zawiązane wokół nadgarstków na tasiemki. Miał pomarańczoworude włoski, zdumiewająco obfite, jedwabiste i wyczesane. Andy! Och, Andy! Wyciągnęła ku niemu rękę, chowając nóż za siebie; skrzywił się, błysnął pomarańczoworudym blaskiem i otworzył oczy i spojrzzał na nią. Miał oczy złotożółte, całe złotożółte, bez białek i bez tęczówek. Całe złotożółte, z pionowymi czarnymi kreskami źrenic.
Patrzyła na niego ze zdumieniem.
On patrzył na nią, złotożółto, a potem skierował wzrok na kołyszący się, odwrócony do góry nogami, krucyfiks.
Spojrzała na nich, obserwujących ją, i z uniesionym ponownie nożem zawołała:
— Coście zrobili z jego oczami?
Zaczęli się oglądać na Romana.
— Na jego drogę Guya — rzekł Roman. — Spojrzała na niego, potem na Guya, który zakrywał oczy dłonią, potem znowu na Romana.
— O czym ty mówisz? Guy ma oczy piwne, normalne!
— Coście zrobili z nim, wy szaleńcy? — Rysy jej w ich stronę gotowe do bicia!
— Szatan jest Jego Ojcem, nie Guy — powiedział Roman. — Jego Ojcem jest Szatan, który przybył z Piekieł i począł Syna w śmiertelnej kobiecie! Aby pomścić krzywdy doznane przez niezłomnie Mu wiernych od czcicieli Boga!
— Chwała ci, Szatanie — powiedział pan Wees.
— Szatan jest Jego Ojcem, a Jego imię jest Adrian! — krzyczał Roman, jego głos brzmiał coraz głośniej i dumniej, z coraz większą mocą. — On obali możnych i zniszczy ich świątynie! On zbawi wzgardzonych i pomści spalonych i torturowanych!
— Witaj Adrianie! — zawołali. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie!
— Witaj Szatanie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Potrząsnęła głową.
— Nie! — zawołała.
— On wybrał ciebie, Rosemary, ciebie spośród wszystkich ludzi — odezwała się Minnie. — Spośród wszystkich kobiet na świecie. On wybrał ciebie. Sprowadził ciebie i Guya do tego mieszkania, sprawił, że ta głupia, jak jej tam, Terry, przestraszyła się i straciła do reszty rozum, tak że musieliśmy zmienić plan; to On urządził wszystko tak, jak miało się zdarzyć, bo On chciał ciebie na matkę Swego jedynego żywego Syna.
— Jego moc jest najsilniejsza z silnych — rzekł Roman.
— Chwała ci, Szatanie — powiedziała Helen Wees.
— Jego potęga przetrwa czasy czasów.
— Witaj Szatan — zawołał Japończyk.
Laura-Louise oderwała ręce od ust. Guy spojrzał na Rosemary spod dłoni podpierającej czoło.
— Nie — odezwała się Rosemary — nie — ręka z nożem opadła. — Nie. Nie, to nie jest możliwe. Nie.
— Spójrz na Jego dłonie — powiedziała Minnie. — I Jego stopy.
— I Jego ogonek — dodała Laura-Louise.
— I na zaczątki Jego rogów — dorzucił Roman.
— O Boże! — szepnęła Rosemary.
— Bóg umarł — rzekł Roman.
Zwróciła się w stronę wózka, upuściła nóż, odwróciła się plecami do obserwującej ją grupy.
— O Boże! — szepnęła i zakryła dłońmi twarz. — O Boże! — zacisnęła pięści i zaczęła krzyczeć w stronę sufitu: — O Boże, Boże, Boże, Boże, Boże!
— Bóg UMARŁ! — grzmiał Roman. — Bóg umarł, a Szatan żyje! Oto Rok Pierwszy, pierwszy rok naszego Pana! Oto Rok Szatana, Boga moc złamana! Oto oczekiwany przez nas syn Adriana!
— Chwała ci, Szatanie! — krzyczeli. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Cofnęła się — „nie, nie” — cofała się coraz dalej, aż znalazła się między dwoma stolikami do brydża. Stało za nią krzesło; usiadła i patrzyła na nich w osłupieniu.
— Nie!
Pan Fountain wybiegł i popędził przez przedpokój. Guy i pan Wees popędzili za nim.
Minnie wstała, postękując, pochyliła się i podniosła nóż. Wyszła z nim do kuchni.
Laura-Louise podeszła do wózka i zaczęła nim gwałtownie kołysać, robiąc miny do dziecka. Czarna tafta zafalowała, zapiszczały kółka.
Rozległ się dzwonek u drzwi.
— Przepraszam — Roman poszedł otworzyć. — Przemyśl to tak czy owak — rzucił jeszcze przez ramię.
— O Boże! — szepnęła.
— Przestań z tym swoim „O Boże”, bo cię zabijemy — odezwała się Laura-Louise, kołysząc wózek. — Mniejsza o mleko.

Czytaj dalej