Czas bezczynności Czas bezczynności
i
Albert Müller, „Landscape Rest Outdoors Rest Outdoors”, 1921 r. (domena publiczna)
Złap oddech

Czas bezczynności

Natalia Domagała
Czyta się 12 minut

Myślenie o czasie rzadko nas odpręża, przeciwnie – niewiele rzeczy stresuje nas bardziej. Pisarka Jenny Odell przekonuje Natalię Domagałę, że czas najwyższy to zmienić!

Powinniśmy go maksymalnie wykorzystywać, oszczędzać i planować. Liczne książki o rozwoju dostarczają nam wskazówek, jak nim zarządzać. Czas. Wszyscy mamy go za mało i nieustannie odczuwamy jego presję. Wiemy dokładnie, jakie sposoby jego spędzania są wartościowe, a jakie nie. A co by się stało, gdybyśmy czasami pozwolili sobie nie robić nic?

Natalia Domagała: W swojej książce Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności piszesz, że nie ma niczego trudniejszego niż nicnierobienie. Dlaczego to tak wymagające?

Jenny Odell: Tytuł książki jest ironiczny. Ironia polega na tym, że nieraz to, co cenimy w życiu, podpada pod kategorię „nic”, jeśli patrzy się na czas i pracę przez pryzmat produktywności. Trudność w robieniu „niczego” ma podłoże kulturowe. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych jesteśmy zafiksowani na punkcie aktywności rozumianych bardzo mechanicznie lub powiązanych z ideami innowacji rodem z Doliny Krzemowej. To zazwyczaj męski ideał pracy, który nie ma wiele wspólnego z takimi działaniami, jak opieka, troska o siebie, refleksja i słuchanie. Wszystkie te sposoby bycia w świecie są bardzo ważne, ale z perspektywy kapitalistycznej wydają się bezwartościowe.

Informacja

Z ostatniej chwili! To druga z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Moja przyjaciółka, artystka – a sztuka zdecydowanie należy w takim ujęciu do kategorii nicnierobienia – w każdą środę chodzi na bardzo długi spacer, który uważa za część swojej praktyki artystycznej. Pewnego dnia ktoś ją zapytał, co robi, a kiedy odpowiedziała: „Idę na długi spacer”, usłyszała: „Musisz mieć dużo czasu”. W społeczeństwie panują określone przekonania na temat wartościowego wykorzystania czasu i ta presja sprawia, że trudno jest nic nie robić.

Jak zmieniło się nasze rozumienie produktywności wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych i nowych technologii?

Pracowałam kiedyś w firmie nastawionej tylko na wyniki. To był system, w którym można wykonywać zadania w dowolnym miejscu i czasie. To świetne rozwiązanie dla osób, które mają dzieci i potrzebują większej elastyczności, ale ja nie byłam przekonana. Jeśli mam smartfona, e-mail i mogę pracować gdziekolwiek, to czy potencjalnie nie jestem zawsze w pracy? Czy każda minuta nie jest wtedy związana z tym, co robię zawodowo?

Niemiecki socjolog Hartmut Rosa, którego cytuję w mojej najnowszej książce Saving Time: Discovering a Life Beyond the Clock [Oszczędzanie czasu. Odkrywanie życia poza zegarem] pisał o ciągłej dostępności i przyśpieszeniu pracy. Istnieje niemieckie słowo Feierabend oznaczające zakończenie zajęć. Ktoś, kto pracuje na farmie, wraca do domu zadowolony z tego, co zrobił. Tymczasem w przypadku zawodów wymagających szybkiej łączności nie mamy tego uczucia, chyba że sztucznie je wywołamy, np. udając się do miejsca bez zasięgu. Jeśli mamy smartfona w kieszeni, to zwierzchnik zakłada, że jesteśmy dostępni przez cały czas i bycie nawet przez minutę kimś innym niż pracownikiem staje się trudniejsze.

Media społecznościowe są z kolei zaprojektowane tak, aby uzależniać – nie tylko od konsumpcji, lecz także od ciąg­łego wyrażania siebie. W swojej książce cytuję Gilles’a Deleuze’a, który wspomina o prawie do niemówienia niczego. Media społecznościowe zakładają, że im więcej zaangażowania, tym lepiej, a sposobem na to jest często pisanie rzeczy oburzających. Wszyscy czują, że nie tylko muszą cały czas pracować, ale także być może cały czas wyrażać siebie.

Nawet jeśli ktoś nie pracuje w cyfrowym środowisku – jest lekarzem lub robotnikiem – trudno mu się od niego odłączyć, bo rozrywka też coraz częściej bywa powiązana z technologią lub mediami społecznościowymi. Nasza uwaga staje się formą waluty, o którą konkurują firmy i media – określa się to terminem ekonomia uwagi. Co sądzisz o tym zjawisku? 

Współczesne formy rozrywki i media społecznościowe dostosowują się do naszego czasu, nawet gdy nie posiadamy go dużo. Dlatego tak skutecznie nas od siebie uzależniają. Jeśli w pracy robimy sobie tylko 5 minut przerwy, pod koniec dnia nie mamy już zbyt wiele energii. Stajemy się podatni na pewien rodzaj przekazu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby te media nie zostały zaprojektowane tak, aby uzależniać i dezinformować. 

Weźmy na przykład TikToka. Można tam znaleźć fascynujące treści, ale ich format mnie przeraża. Ekonomia uwagi jest nastawiona na krótkie i płytkie komunikaty. To samo robią twórcy reklam, którzy wiedzą, że nie będziemy się skupiali dłużej na reklamie, a tylko rzucimy na nią okiem i następnie coś kupimy. Na zajęciach, które prowadzę, proszę studentów o wykonanie takich ćwiczeń, jak siedzenie i obserwowanie przez kwadrans ludzi albo słuchanie 10-minutowego awangardowego utworu muzycznego. Zazwyczaj wcześniej informuję słuchaczy, że początkowo nie będzie to dla nich łatwe. Jeżeli jesteśmy przyzwyczajeni do treści w mediach społecznościowych, chcemy od razu wiedzieć, czy coś jest warte zainwestowania naszego czasu. Ale jeśli uda się nam przebrnąć przez te 2 lub 3 minuty frustracji, dezorientacji i niechęci, ostatecznie dotrzemy do satysfakcjonującego momentu. Często zdarza się, że po tych 10 minutach studenci nie chcą, aby ćwiczenie się skończyło.

To świetny przykład, bo wielu z nas coraz trudniej przychodzi przyswajanie treści, które trwają dłużej niż minutę. Jakie są inne strategie radzenia sobie z brakiem koncentracji? Co jeszcze możemy zrobić, żeby poprawić swoje skupienie?

Dobrym sposobem jest kierowanie uwagi poza ekran. Musimy zrozumieć, że to ciekawość jest impulsem, który skłania ludzi do korzystania z mediów społecznościowych. Cała moja sztuka i pisanie koncentrują się wokół tej idei. Ciekawość jest bardzo ważna i mamy ją jako dzieci, jednak wydaje się ona zanikać, gdy dorastamy. W mojej książce jako przykład podaję obserwację ptaków, ale może to też być obserwowanie ludzi. Chodzi o to, by wykorzystać naturalną ciekawość oraz pragnienie nowości i skupić się na otaczającym nas świecie. Zamiast włączać telefon w oczekiwaniu na autobus czy pociąg, spróbujmy się rozejrzeć. Nie zawsze jest na co popatrzeć, lecz warto próbować i ćwiczyć się w obserwowaniu otoczenia. Stale noszę również przy sobie lupę jubilerską – małą soczewkę powiększającą – która przypomina mi, że bez względu na to, gdzie jestem, z pewnością znajdę coś ciekawego. Nawet jeśli nie jest to tak angażujące jak filmiki na TikToku.

Jakie są skutki ciągłego bombardowania nas przez technologię? Jak to wpływa na naszą zdolność do prowadzenia sensownego, uważnego życia?

Media społecznościowe – o czym mówią badania i co podpowiada mi własne doświadczenie – utrzymują nas w stanie reaktywnym, prawie takim samym jak podczas walki lub ucieczki, a na dodatek nie pozwalają nam z niego wyjść. W swojej książce Jak robić nic… odnoszę się do badania, w którym analizowano, jak aktywiści z Ruchu 15-M [hiszpański ruch społeczny, który narodził się w 2011 r. jako reakcja na kryzys gospodarczy i korupcję – przyp. red.] postrzegali media społecznościowe. Nie byli wprost cenzurowani, ale czuli się zagłuszeni ilością pojawiających się bez przerwy treści. Aby ich usłyszano, musieli nieustannie publikować. Tradycyjne środki przekazu, takie jak gazety, dawały im czas i przestrzeń na złożenie oświadczenia, przedyskutowanie go i zastanowienie się, jak zareagować i jaki kierunek obrać. Nie ma na to szans, gdy telefon wciąż domaga się uwagi.

Jak mówi urodzony w Korei Południowej niemiecki myśliciel Byung-Chul Han, same informacje nie tworzą znaczenia. Media społecznościowe opierają się na założeniu, że im więcej wiadomości przyswoimy, tym bardziej będziemy kompetentni. W rzeczywistości jednak możemy nie mieć poczucia sensu i znaczenia tego, co czytamy. Znaczenie przychodzi z czasem, refleksją, dyskusją oraz integracją pozyskanej wiedzy z własnym życiem.

Pojawia się także kwestia sprawczości – przewijanie feedu w mediach społecznościowych może dawać złudzenie aktywności, ale w rzeczywistości to konsumpcja treści, często wybranych dla nas przez algorytmy. Co sądzisz o młodszych pokoleniach, które nie znają czasów sprzed Internetu? Jak możemy nauczyć je uwagi i uważności?

Myślę, że niektórych rzeczy można się nauczyć tylko poprzez doświadczenie. Osoba w moim wieku mówiąca młodszym ludziom, by dotknęli trawy, nie będzie zbyt skuteczna. Jednak są inne sposoby. Na przykład grupa wolontariuszy, z którą jestem związana, prowadzi projekt odnowy rodzimych roślin na wzgórzach w mojej okolicy. To rzadka przestrzeń kontaktu międzypokoleniowego. Są tam ludzie po sześćdziesiątce, których uważam za mentorów, ale też uczniowie szkół średnich i studenci, których to ja mogę czegoś nauczyć. Widzę, że zdają sobie sprawę z wartości, jaką ma fizyczne chodzenie z miejsca do miejsca z innymi ludźmi raz w tygodniu i uczenie się rzeczy, które nie są abstrakcyjne. Trzeba rozumieć ekologię danego obszaru, by wiedzieć, co się robi, i cały czas się doskonalić. Ten rodzaj interakcji bardzo różni się od bycia online. Podobnie jest z demonstracjami. Media społecznościowe mogą kogoś skłonić do pojawienia się na proteście. Kiedy ktoś podejmie decyzję, by wziąć w nim udział, czuje się inaczej niż przed ekranem smartfona. Powinniśmy zachęcać ludzi do doświadczania świata na żywo i przypominać im, że Internet to nie wszystko – najważniejszy jest bezpośredni kontakt z innymi.

Istnieje też aspekt społeczny: na żywo nikt z nas nie jest anonimowy w przeciwieństwie do świata cyfrowego.

Właśnie. Na żywo jesteśmy rozpoznawani jako osoby, które wnoszą swój wkład, a tego brakuje w wielu interakcjach online. Nawet jeśli ktoś nie może osobiście uczestniczyć w proteście albo być wolontariuszem, powinien nastawić się na kontakt z innymi, a nie na nadawanie.

Mamy potrzebę, żeby nawiązywać te kontakty. Mówisz o idei „trzeciej przestrzeni”: uczestniczeniu w życiu społecznym w inny sposób niż ten, którego się od nas oczekuje w Internecie.

Mam to szczęście, że znajduję czas na wolontariat, a moja grupa jest świetnym przykładem „trzeciej przestrzeni”. Nie jes­teśmy połączeni w typowy sposób, jak rodzina czy pracownicy w firmie. To moi przyjaciele, ale zarazem wszyscy jesteś­my związani z tym konkretnym ekosystemem i mamy wspólny cel. Jeden z powodów, dla których lubię tam chodzić, to fakt, że nie jestem przez nich traktowana jako „autorka Jenny Odell” – nie rozmawiamy o pracy, mamy inny sposób nawiązywania relacji.

Znajdowanie takich miejsc może być trudne, jeśli wziąć pod uwagę zanik przestrzeni publicznych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Ogród Różany w Oakland, wspomniany w książce, to park miejski – takie obszary są zawsze zagrożone albo po prostu niedostępne. Należałam do grupy Living Room Light Exchange, która powstała około 2015 r. Składała się ona z artystów nowych mediów krytycznie nastawionych do branży technologicznej w San Francisco. Brakowało nam miejsca, gdzie moglibyśmy się widywać. Co miesiąc organizowaliśmy więc spotkania w mieszkaniach różnych osób, również u mnie. Przesuwaliśmy meble i wnosiliśmy krzesła, przekształcając prywatną przestrzeń w coś, co nie było już prywatne, ale nie było też do końca publiczne. Ten projekt mnie inspirował, ponieważ nie mieliśmy swojego miejsca i musieliśmy je stworzyć. Dzięki trzecim przestrzeniom potrafimy przezwyciężać takie trudności, a zarazem tworzyć społeczne sieci.

Zawsze mówię moim studentom, że kiedy opuszczą uczelnię, będą musieli wysilić się, aby znaleźć osoby, które podzielają ich zainteresowania. Ktoś musi ustalić datę, miejsce i zaprosić pozostałych, np. do klubu czytelniczego lub do jakiejkolwiek innej grupy. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie tylko czekają, aż ktoś inny wyjdzie z inicjatywą.

To musi być dziwne uczucie widzieć, jak własne mieszkanie – tak intymna sfera – przekształca się w ten sposób. Piszesz o komercjalizacji naszych przestrzeni i naszego czasu, pokazujesz, jak je tracimy. Co nam zostaje bez czasu i przestrzeni?

Jedną z rzeczy, które omawiam w mojej książce o czasie, jest kategoria twórców, których nazywam „braćmi produktywności” [ang. productivity bros]. Większość ludzi od razu wie, kogo mam na myśli – są to osoby z obsesją na punkcie porannej rutyny i suplementów. To zabawne, że praca, na której się koncentrują, często dotyczy samej produktywności. Na przykład jedna z nich daje sobie zaledwie 15 minut od przebudzenia do momentu włączenia komputera, do którego siada, by pisać o tym, jak być produktywnym. Tacy ludzie wpadają w surrealistyczną pęt­lę, a wielu z nich to akolici Tima Ferrissa [przedsiębiorcy i autora poradników dotyczących organizacji czasu – przyp. red.].

Skupiłam się na nich częściowo dlatego, że wydają mi się zabawni, ale mają też w sobie coś niepokojącego – wyobrażanie sobie czasu jako kapitału, co do sekundy. Pewien z „braci produktywności” sugeruje zapisanie liczby 1440 (liczba minut w ciągu dnia) i umieszczenie jej w widocznym miejscu. Mówi, że nie zostawilibyśmy portfela na stole, dlaczego więc pozwalamy ludziom kraść nasze minuty. To bardzo ilościowe podejście. Nawet bardziej konwencjonalne publikacje na ten temat zawierają tabelki do przeprowadzania audytów własnej aktywności. Wypróbowałam jedną z nich w ramach eksperymentu w trakcie pisania tej książki – to zabawne, jak wiele czasu zajmuje śledzenie swojego czasu. Nie polecam.

Czas i przestrzeń idą w parze. Jeśli wybieramy się do parku takiego jak Ogród Różany, mamy określone podejście do czasu. Ale jeśli nam go brakuje, by tam pójść, to nie ma znaczenia, czy park jest darmowy. To m.in. dlatego napisałam moją drugą książkę o czasie. Chciałam zastanowić się nad różnicą pomiędzy kimś, kto z przyczyn obiektywnych nie ma kontroli nad swoim czasem – kucharzem liniowym, pielęgniarką czy pracownikiem magazynu Amazona ze skanerem, który mierzy jego aktywność co do minuty – a kimś, kto postrzega swój czas w kategorii zysku, zasadniczo robiąc to na własne życzenie. Te dwa typy ludzi nie są całkowicie odrębne, ale każdy z nich ma zupełnie inne doświadczenia.

Inny temat, który badasz, to utowarowienie natury, czego odpowiednikiem jest utowarowienie czasu, przestrzeni i uwagi. Łączysz zagrożoną przyrodę i zagrożone idee z pracą na rzecz środowiska, argumentując, że istnieje związek między przywracaniem specyficznych warunków życia określonych populacji organizmów a przywracaniem ludzkiej myśli. Jak rozwinęły się te powiązania między ochroną natury a „nicnierobieniem”?

To połączenie pojawiło się niespodziewanie. Odkryłam, że kiedy przebywałam w określonym środowisku – i nie mówię tu o imponujących miejscach, takich jak Park Narodowy Yosemite, ale o lokalnych parkach, a nawet niewielkich, zarośniętych terenach w pobliżu domu – zaczęłam na nowo dostrzegać kontekst. Wcześ­niej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Informacje w mediach społecznościowych lub wiadomościach są często wyrwane z kontekstu, szczególnie gdy dotyczy on przeszłości lub innych miejsc. Ekologia podkreśla, jak trudno odizolować coś od otoczenia. Na przykład drzewa są połączone z grzybami, które pozwalają im się ze sobą komunikować, zmieniają się w zależności od pory roku itd. Jest w tym coś prawdziwego i pięknego.

W ten sposób zauważyłam związek między tymi dwoma niebezpieczeństwami: zagrożeniem dla złożoności ekologicznej a zagrożeniem dla sensu. Oba są dewaluowane przez systemy, które nie uznają ich znaczenia. Tak jak wspomniana przeze mnie w książce bezużyteczna sekwoja, która została oszczędzona, ponieważ nie nadawała się do wycinki na drewno – jej bezużyteczność pozwoliła jej przetrwać. Patrzenie na świat w kategoriach rynkowych pomija jego złożoność, a dla mnie ta złożoność ma największy sens.

W swojej najnowszej książce porównujesz też presję czasu, z jaką borykają się ludzie w społeczeństwie kapitalistycznym, i strach związany ze zmianami klimatu. Jak te dwie kwestie łączą się ze sobą?

Jedną z motywacji do napisania tej książki było odkrycie, że ścigamy się z czasem jako jednostki, podczas gdy bije zegar klimatyczny. Chciałam zbadać wspólne korzenie tych dwóch doświadczeń. We wstępie wspominam dyskusję panelową zatytułowaną „Czy jest czas na samoopiekę w kryzysie klimatycznym?”, która sprawiła, że skonfrontowały się te dwie kwestie. Jedna z panelistek, dziennikarka Minna Salami, błyskotliwie odpowiedziała, że samo pytanie jest częścią problemu. Wskazała, że postrzeganie czasu jako czegoś wymiennego – czegoś, co można wymienić na kapitał – jest związane z historią eksploatacji, która leży również u podstaw tego, jak postrzegamy zasoby naturalne. Próba znalezienia innego sposobu myślenia o czasie jest sama w sobie troską o siebie. Uznałam, że to genialne, ponieważ te dwie sfery, które wydają się tak różne, są ściśle połączone.

Jak w codziennym życiu możemy odzyskać nasz czas i kontakt z naturą?

Sądzę, że odpowiedź zależy od tego, jak dużą kontrolę mamy nad swoim czasem. Tym, którzy pewną kontrolę mają – a mimo to poświęcają się w pełni pracy – polecam, by spróbowali odejść od perfekcjonizmu. Jeśli ktoś postrzega swój czas jako kapitał, taka zmiana będzie dla niego wyzwaniem. Natomiast dla tych, którzy mają małą kontrolę, kluczowe jest działanie grupowe. Jeżeli nie masz indywidualnej władzy, wszystko, co możesz zrobić, to zbudować władzę zbiorową. Zauważyłam, że osoby, które po raz pierwszy zaangażowały się w organizowanie związków zawodowych, często wydawały się zaskoczone liczbą współpracowników, którzy czują się podobnie. Być może były zdziwione, że ich własne doświadczenia związane z wyzyskiem i wykorzystywaniem ich czasu nie są osobistą porażką. Właśnie wtedy buduje się wspólną siłę – gdy zdajemy sobie sprawę, że nie mieliśmy mocy, kiedy siedzieliśmy cicho, a jednocząc się z innymi, możemy naprawdę dostać to, czego chcemy. To jest upojne uczucie, które pozostaje z ludźmi i zmienia sposób, w jaki myślą o swoim czasie oraz o tym, na co zasługują. Matthew Desmond w filmie Poverty, by America [Bieda po amerykańsku] przedstawia mężczyznę, który po dołączeniu do kampanii Fight for $15 [kampania na rzecz płacy minimalnej w Stanach Zjednoczonych – przyp. red.] w końcu zyskał większą kontrolę nad swoim czasem. Jedną z pierwszych rzeczy, które dzięki temu zrobił, była wizyta w parku. Ten związek między organizacją czasu a odzyskiwaniem go jest kluczowy.

Kiedyś dowiedziałam się, że jeden z najwcześniejszych strajków w USA dotyczył właśnie czasu. Chodziło o przerwę na lunch, którą próbowano zlikwidować w pewnej fabryce. Jeżeli nie stworzysz ruchu oporu, twój czas zawsze będzie naruszany. Nawet ci, którzy są względnie uprzywilejowani, często internalizują tę presję i sami okradają się z czasu.

Uderzające, jak mało zmieniło się w różnych miejscach pracy. Niektóre firmy wciąż mają problem z przerwami obiadowymi pracowników.

To prawda. I dlatego uwielbiam Dzisiejsze czasy Charliego Chaplina z 1936 r. Ten film jest nadal aktualny, szczególnie dzięki swojemu humorowi. Maszyna zaprojektowana do karmienia pracowników, aby mogli kontynuować pracę na linii montażowej, wydaje się absurdem, ale mam wrażenie, że dziś mogłaby się pojawić w Dolinie Krzemowej. Problem polega na tym, że ludzie uwewnętrzniają ten przymus tak bardzo, że nie chcą już nawet przerwy na lunch.

Jaki jest Twój ulubiony sposób na nicnierobienie? Jakie czynności mieszczą się w tej kategorii?

Nadal uwielbiam chodzić do Ogrodu Różanego, a teraz znam tamtejszych ogrodników, więc miło jest z nimi porozmawiać. Dużo piszę o tym i teraz jeszcze bardziej szanuję ich rzemiosło. Nauczyłam się też wiele o konserwacji ogrodów. Odbywam również długie przejażdżki rowerowe i doświadczam czegoś, co określiłabym jako ucieleśnienie. Po spędzeniu wielu godzin przy laptopie lub telefonie nie jesteśmy zbyt połączeni ze swoimi ciałami. Spacery do Ogrodu Różanego zaczęły mi przypominać, że jestem w swoim ciele, otoczona innymi żywymi istotami. Dzięki temu odzyskuję kontakt ze światem fizycznym, którego nie mam, kiedy buszuję po Internecie.

Inną aktywnością, która pozwala mi się ucieleśnić, jest wolontariat w grupie zajmującej się odnawianiem rodzimej roślinności. Wiąże się on z intensywną pracą fizyczną. Pamiętam pewien szczególnie upalny dzień, kiedy pracowaliśmy przez trzy godziny w pełnym słońcu. Byliśmy wyczerpani i zlani potem, ale później ktoś przyniósł zimną domową lemoniadę i miałam wrażenie, że to najlepsza rzecz, jakiej kiedykolwiek skosztowałam – nie tylko ze względu na jej smak, ale także z powodu okoliczności: upał, wielki wysiłek i wreszcie odpoczynek przy chłodnym napoju. To były dla mnie wspaniałe chwile.

Kolejną czynnością tego typu jest gotowanie. Przyrządzenie posiłku powoli i uważnie to przywilej, ale też działanie, którego wartość rozumiemy – wykonujemy całą tę pracę, żeby potem coś zjeść. Rebecca Solnit w swojej książce Róże Orwella wspomina o tym, jak wiele istnieje rodzajów ciast. Nie ma to sensu z utylitarnego punktu widzenia, chodzi wyłącznie o przyjemność. Jedzenie może przypominać, że przyjemność i serdeczność są warte poświęcenia czasu.


zdjęcie: Chani Bockwinckel
zdjęcie: Chani Bockwinckel

Jenny Odell:

Amerykańska artystka, pisarka i edukatorka. Wykładowczyni sztuki internetowej i projektowania cyfrowego. Wiele czasu zajmuje jej obserwowanie ptaków.

Czytaj również:

Zobaczyć zielone Zobaczyć zielone
i
Claude Monet, „Lilie wodne i most japoński”, 1899 via WikimediaCommons
Ziemia

Zobaczyć zielone

Klaudia Khan

Pną się, rozpychają na boki, tworzą własne społeczności i zaciekle rywalizują o przestrzeń. Żyją obok nas, a my często ich nie dostrzegamy. Czas na nowo otworzyć się na świat roślin – zwłaszcza teraz, kiedy bioróżnorodność naszej planety jest zagrożona.

Olivię Vandergriff, bohaterkę powieści Richarda Powersa Listowieść, spotykamy zimowym wieczorem, gdy wraca do wynajmowanego pokoju, po drodze mijając rosnące przed budynkiem drzewo – „żywą skamielinę, jeden z najstarszych, najdziwniejszych tworów, jakie kiedykolwiek odkryły tajemnicę drewna” (tłum. Michał Kłobukowski, wyd. W.A.B., Warszawa 2021). Jednak Olivia nic o nim nie wie. Choć codziennie od dobrych kilku miesięcy obok niego przechodzi, nie zauważa jego istnienia. Drzewo – nienazwane w powieści – to miłorząb. A stan Olivii – niezdiagnozowany w tym rozdziale – to syndrom ślepoty na rośliny.

Czytaj dalej