Hormonia Hormonia
i
ilustracja: Joanna Grochocka
Promienne zdrowie

Hormonia

Maria Hawranek
Czyta się 5 minut

Odpowiadają za płodność, mają wielki wpływ na odporność, to od nich zależy nasz sen i nastrój. O wszechwładnych hormonach w naszym ciele terapeutka żywienia Julita Kordonska opowiada Marii Hawranek.

Specjalizacja klasycznej medycyny ma wiele zalet i jeden efekt uboczny. Zaczęliśmy patrzeć na nasz organizm w sposób fragmentaryczny, zapomnieliśmy, że jest niepodzielną całością, przez co czasem zamiast wyeliminować prawdziwą przyczynę naszych dolegliwości, ograniczamy się tylko do łagodzenia objawów. Tymczasem infekcja układu oddechowego nieraz ma ścisły związek z dietą i trawieniem, a kłopoty z zajściem w ciążę mogą wynikać z zawirowań naszej odporności albo zaburzonej równowagi hormonalnej.

Maria Hawranek: Dlaczego zazwyczaj myślimy o ciele jako o zbiorze odrębnych części? Mózg działa osobno, układ trawienny i odpornościowy osobno. Przecież te wszystkie elementy są ze sobą połączone – jesteśmy jednym organizmem.

Julita Kordonska: W medycynie klasycznej poszczególne elementy organizmu traktuje się jako niezależne jednostki. To bardzo porządkuje myślenie; dzięki temu wiemy, że układem pokarmowym zajmuje się gastroenterolog, hormonami – endokrynolog itd. Wyobrażamy sobie, że ci ludzie siedzą przy różnych biurkach i nie ma między nimi przepływu informacji. Coś, co było jedynie mentalnym uproszczeniem, doprowadziło do bardzo redukcjonistycznego modelu medycyny. Kiedy osiem lat temu zaczęłam zajmować się hormonami i płodnością, uświadomiłam sobie, że cykl menstruacyjny znakomicie odzwierciedla stan całego organizmu kobiety. Tymczasem mamy za sobą całe lata dyskredytowania go najpierw przez mężczyzn, a potem przez pierwsze feministki, które chciały się odciąć od kobiecej biologii.

Cykl świadczy o całej kobiecej biologii, a nie tylko o układzie rozrodczym?

Celem cyklu menstruacyjnego jest umożliwienie zajścia w ciążę. Aby to nastąpiło, muszą dobrze funkcjonować dwa układy: hormonalny i odpornościowy. Choć o tym drugim się nie mówi, to właśnie od niego zależy płodność.

W jaki sposób?

O odporności mówimy zwykle w kontekście przeziębienia, grypy i od niedawna koronawirusa, tymczasem w ciągu ostatnich 50 lat zaobserwowano znaczący wzrost przypadków chorób autoimmunologicznych, zwłaszcza wśród kobiet. Choroby te – należą do nich m.in. hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane, łuszczyca i wiele innych – są wynikiem zaburzeń układu odpornościowego. Poza schorzeniami auto­immunologicznymi coraz częściej występują różnorodne alergie, egzemy i zaburzenia pracy jelit. Wszystkie te czynniki wpływają na cykl menstruacyjny.

Chodzi o to, że w ciążę może zajść organizm w homeostazie, a nie walczący z zaburzeniami?

Tego do końca nie wiemy, przecież wiele chorych kobiet zachodzi w ciążę. Rzecz raczej w czym innym. Dzikie zwierzęta rodzą młode tylko wtedy, kiedy są do tego odpowiednie warunki zewnętrzne. Kobiety teoretycznie mogą zajść w ciążę o każdej porze roku. Aby do tego doszło, zarodek – będący w swojej istocie czymś obcym, bo ma 50% materiału genetycznego innej osoby – powinien się zagnieździć. Czyli układ odpornościowy kobiety, który służy zwalczaniu ciał obcych, musi ten zarodek do ciała wpuścić. Ogólnie rzecz biorąc, zdrowy organizm przechodzi dwa etapy cyklu: w pierwszej części zaciekle zwalcza wirusy i bakterie, w drugiej robi się mniej zadziorny, przechodząc w fazę akceptacji. Wszelkie zaburzenia hormonalne, immunologiczne, stany zapalne mogą utrudniać organizmowi przechodzenie w fazę akceptacji, a tym samym – zapłodnienie.

Teraz załóżmy, że jajeczko zostaje zapłodnione, trafia do macicy i tu musi zrobić „dziurkę” w endometrium, by zapuś­cić w nim korzenie. Czyli znów powstaje maleńka rana, ponownie działa układ odpornościowy.

Zresztą menstruacja w pewnym sensie jest także regulowaną, samogojącą się raną, choć nie przywykłyśmy myśleć o niej w ten sposób. Ale takie podejście jasno pokazuje, że za każde z zaburzeń – m.in. problemy z owulacją, bolesne miesiączki, kłopoty z zajściem w ciążę, niejednokrotnie poronienia – w jakimś sensie odpowiada układ odpornościowy.

Jak na układ odpornościowy można wpłynąć poprzez dietę?

Moim zdaniem jedzenie jest największym czynnikiem ryzyka immunologicznego. Kilka razy dziennie zjadamy bowiem coś, co potencjalnie może zawierać różnego rodzaju mikroorganizmy, trafiające potem do naszego układu pokarmowego. Nie wspominając o tym, że jedzenie jest także czymś obcym względem nas. Oczywiście dysponujemy rozmaitymi mechanizmami obronnymi, np. kwasem żołądkowym. Jeśli jednak układ odpornościowy z jakiegokolwiek powodu zakoduje sobie określony rodzaj białka – przykładowo gluten – jako niebezpieczny, będzie na niego reagował.

Wszystko, co zjadamy, trafia w końcu do jelit. Tam działają różne mechanizmy, które umożliwiają substancjom odżywczym dostanie się do krwiobiegu, przy okazji utrudniając przekroczenie tego samego progu bakteriom czy toksynom. Jest to zatem miejsce newralgiczne, najsłabszy punkt systemu. Dlatego też natura postanowiła właśnie tu ulokować największe zasieki naszego układu odpornościowego, tzw. GALT (gut-associated lymphoid tissue), czyli tkankę limfatyczną przewodu pokarmowego, która musi jakoś reagować na wszystko, co znajdzie się w jelitach. Są one zatem swoistym portalem do naszego ciała.

Ten portal u każdego działa tak samo?

Do jakiegoś stopnia powinien, bo to jest cecha gatunkowa, chyba że mamy jakieś mutacje genetyczne. Tym, co nas różni, jest jego efektywność – np. poziom reaktywności układu odpornościowego czy stopień enzymatycznej degradacji jakiejś substancji, czyli tempo jej rozkładu na prostsze składniki. Jeden organizm może źle reagować na gluten, a inny niezbyt dobrze radzić sobie z soją czy cytrusami. Nie oznacza to jednak, że eliminacja tych składników – powiedzmy dieta bezglutenowa – to przykazanie absolutne. Głównym sposobem regulacji układu odpornościowego jest wytwarzanie stanu zapalnego. To wysyłanie sygnałów, które mają pobudzić do akcji poszczególne frakcje czy komórki tego systemu: coś zwalczyć, coś posprzątać. W każdej minucie umiera w nas masa komórek i ktoś musi je pozbierać. Jednak tę aktywność trzeba później nieco wyciszyć. Tempo gaszenia stanu zapalnego jest również cechą indywidualną.

Czy w takim razie popularne diety antyzapalne – jako zbyt ogólne – mogą być nieskuteczne?

Lubimy wszystko upraszczać i tworzyć nadrzędne zasady typu: cukier tak, cukier nie. Z reguły w dietach antyzapalnych wyklucza się substancje, które u wielu osób pobudzają układ odpornościowy: jaja, nabiał, soję, gluten. A tak jak wspomniałam, nasza reaktywność jest różna, zatem dieta antyzapalna też powinna być zindywidualizowana. Rozumiem jednak, że trudno nam rozpoznać własną reaktywność – wymagałoby to wprowadzenia diety eliminacyjno-prowokacyjnej, nadal w wielu kręgach uchodzącej za idealną – bo testy, do których mamy dostęp, nie pozwalają na niuanse. A nam brakuje zasobów, by taki proces przeprowadzić. Stąd uproszczenia i wyrzucanie z diety składników, które być może akurat nie robią nam krzywdy.

Nie ma uniwersalnych wskazówek?

Wielu osobom – choć nie wszystkim – mogę zalecić stosowanie przypraw modulujących układ odpornościowy, takich jak kurkuma, imbir, cynamon, a także spożywanie kwasów tłuszczowych omega-3 obecnych w olejach i orzechach. Każdemu sugeruję jedzenie większej ilości warzyw, chociaż określenie „większej” powinno być dostosowane do konkretnej osoby. Jeśli chodzi o resztę zaleceń, postuluję ostrożność. Większość diet przeciwzapalnych polega na eliminacji jakichś produktów, czyli zachęca do kontrolowania diety. Takim działaniem bardzo łatwo uruchomić zaburzenia odżywiania, a te wcale nie są rzadkością. Poza tym dieta powinna być dostosowana – do jakiegoś stopnia – do naszych celów. Po inne produkty powinna sięgać osoba, która chce zajść w ciążę, a po inne taka, której doskwierają obfite miesiączki. Większość kobiet skorzystałaby, jedząc więcej białka i błonnika.

Czyli dieta keto?

Nie, wcale nie powiedziałam, że nie należy jeść węglowodanów. Widzisz? Już je wyeliminowałaś. Dieta ich pozbawiona nie będzie służyła każdemu, np. osoby mające długotrwałe problemy z miesiączkowaniem powinny uzupełnić dietę o ten składnik – muszą bowiem „dokarmić” cały swój organizm.

Myślę, że lepiej skupić się na tym, co należałoby dodać, zanim cokolwiek z diety wyrzucimy. Zwłaszcza my, kobiety. Jemy mniej białka niż mężczyźni. Jesteśmy co prawda mniejsze, jednak nie to stanowi główny powód. Sądzę, że duże znaczenie ma tu kultura: ona przekonuje nas, żeby w restauracji wybrać sałatkę, podczas gdy mężczyzna zamawia stek. Media społecznościowe również nie ułatwiają tutaj sprawy – deser z jaglanki ładniej wygląda na Instagramie niż wąt­róbka, prawda? Do tego jedzenie mięsa jest postrzegane jako nieekologiczne. W konsekwencji wiele z nas – nie tylko wegetarianki czy weganki – nie spożywa wystarczającej ilości białka. A czasami także warzyw.

W Twoich zaleceniach dietetycznych pojawiają się przeróżne produkty. Co ma pietruszka do płodności? Albo brokuły czy olej z ostropestu?

Często wyobrażamy sobie biologię jako statyczny zestaw tajemniczych kieszeni: jednej z hormonami, drugiej z jajeczkami. I choć rodzimy się z pewną pulą jajeczek, na którą nie mamy wpływu, otoczenie czy środowisko wokół tych komórek zdecydowanie oddziałuje na ich jakość. Nasze działania – dietetyczne czy związane ze stylem życia – nieustannie to otoczenie modulują. I my te modulatory – czy to są hormony, substancje układu odpornościowego, czy neuroprzekaźniki wpływające na nastrój – stale budujemy. Wpływamy na ich strukturę i aktywność, po drodze redukując nadmiar. Biologia to „stworzenie” dynamiczne.

Pytasz o brokuły: warzywa te wspierają usuwanie estradiolu, którego często mamy za dużo. Po jego wyprodukowaniu i dokarmieniu nim komórki jajowej – a także wielu innych obszarów naszego ciała, choćby mózgu – musimy się go pozbyć. Oznacza to jego transformację w substancję, którą nasze ciało potrafi usunąć, ale wiąże się to z wysiłkiem. Brokuł oraz inne warzywa kapustne bogate w błonnik działają jak swoisty wycior, wiążąc toksyny i ułatwiając ich wydalanie z organizmu. Zawarty w tym warzywie sulforafan dodatkowo wygasza stan zapalny, dokarmiając bakteryjne szczepy, które wspomagają ten proces. Oczywiście nie każda z nas odczuje te korzyści w jednakowym stopniu. Chociaż mechanizm jest ten sam, jego efektywność zależy od genów oraz warunków środowiskowych – np. od tego, czy mieszkamy przy lesie, czy przy opryskiwanym pestycydami polu.

Dlaczego to tak ważne?

Bo otaczają nas toksyny i jest ich więcej, niż możemy zaakceptować. Wiele z nich pod względem chemicznym przypomina estrogeny. Nasze ciała reagują na nie jak na własny hormon, którego w normalnych warunkach nie mają aż tyle. Nawet najsprawniejsze mechanizmy jego usuwania mogą być nim przeładowane. Tak zwane fałszywe estrogeny występują m.in. w plastiku i parabenach – po angielsku nazywa się je endocrine disruptors, zakłócaczami estrogenu, w skrócie EDS; znajdują się w nich też herbicydy, choćby glifosat. Dlatego tak ważne jest przyglądanie się środkom czystości i kosmetykom, które stosujemy. To prowadzi nas do pytania o granice własnej odpowiedzialności, co może paraliżować i przygnębiać. Wiele badań wskazuje, że EDS-y nie tylko zakłócają przebieg cyklu menstrua­cyjnego, lecz także negatywnie wpływają na wszystkie aspekty płodności: od zdrowia jajników i zawartych w nich jajeczek po receptywność endometrium i zdrowie zarodka, który próbuje się tam zagnieździć. Estrogeny są też związane z wyższym ryzykiem nowotworów estrogenozależnych.

W jakim stopniu dotyczy to również mężczyzn? Żyją przecież w tym samym środowisku. I choć byli „ciałem domyślnym” dla medycyny przez większość jej historii – i niestety nadal często są – nie oznacza to, że ich hormony zostały dobrze zbadane. Wydaje się wręcz, że nie poświęcono im zbyt wiele uwagi.

To niezwykły paradoks – przez wiele dekad, aż do lat 80., męskie ciało było uznawane za „obowiązujące”, a wyniki badań przeprowadzanych na mężczyznach po prostu ekstrapolowano na kobiety. Na szczęście sytuacja ta zaczyna się zmieniać. Jednak w kwestii płodności męskie ciało w dalszym ciągu jest postrzegane jako „domyślnie zdrowe”; opracowanie metody in vitro, która umożliwia wybranie najlepszego plemnika, wciąż pozwala na ignorowanie tematu męskiej płodności. Nie trzeba więc pochylać się nad coraz słabszą kondycją plemnika. W klinikach leczenia niepłodności to kobiety uczą się, jak holistycznie wpływać na parametry swojej biologii, podczas gdy mężczyźni przychodzą tylko oddać nasienie. I nie jest to ich wina. To problem systemowy, którego negatywne skutki oni ponoszą.

Jakie są tego konsekwencje?

To, że nie zajmujemy się tą kwestią, nie oznacza przecież, że mężczyźni nie chcieliby mieć lepszego nasienia! Światowa Organizacja Zdrowia informuje, że w ciągu ostatnich 50 lat jego parametry na całym świecie drastycznie się pogorszyły. Ciągle nadaje się ono do in vitro, ale już niekoniecznie do naturalnego zapłodnienia. Stajemy się bezpłodni. To powinno być alarmujące dla naszej populacji, a nadal nie jest. Na męski układ hormonalny oddziałują te same chemikalia, co na kobiecy. Mężczyźni też mają więcej estrogenów, które powodują spadek testosteronu. Toksyczne środowisko wpływa na jakość męskich plemników. I mówię nie tylko o EDS-ach, lecz także o diecie, papierosach czy fanatycznej jeździe na rowerze.

Jeżdżenie na rowerze nie jest zdrowe?

Dla mężczyzny chcącego się rozmnażać jazda na rowerze po kilka godzin dziennie – niekoniecznie. Długi czas spędzony w lycrze i ucisk siodełka prowadzą do przegrzania, a temperatura ma tutaj znaczenie; z jakiegoś powodu plemniki produkowane są w organie, który mieści się na zewnątrz ciała. Temperatura w jądrach jest o 2,5 do 4 stopni niższa niż w pozostałych narządach. Poza tym zarówno plemniki, jak i komórki jajowe są zanurzone w środowisku oraz połączone naczyniami krwionośnymi z resztą systemu – patrolowane przez układ odpornościowy i odżywiane przez trawienny.

W jaki sposób u mężczyzn dieta może się wiązać z hormonami?

Mężczyźni też cierpią np. na insulinooporność, czyli mają zaburzenia gospodarki glukozowo-insulinowej. U niektórych z nich insulinooporność przekłada się na niealkoholowe stłuszczenie wątroby, które może doprowadzić do podwyższenia poziomu prolaktyny. Ta z kolei spowoduje, że będą mieli niski testosteron, co odbije się na jakości plemników. 

Czyli chcemy podnieść testosteron. Ale jak to zrobić?

Mam klienta, 19-latka, który przyjmował testosteron w tabletkach i cierpi na insulinooporność. Gdy przestanie brać te tabletki, testosteron prawdopodobnie mu spadnie. Jeśli skupimy się na normowaniu poziomu insuliny, wówczas mamy szansę trwale rozwiązać problem. Regulujemy go dietą – i tu znów pierwszym krokiem będzie: więcej warzyw, więcej białka. Chłopak ten jest również alergikiem, co oznacza, że ma podwyższony poziom histaminy, substancji układu odpornościowego. Może ona także wpływać na poziom prolaktyny, a tym samym testosteronu. Dopiero niedawno dowiedzieliśmy się bardzo ważnej rzeczy o męskim nasieniu – sperma ma swoją florę bakteryjną.

Tak jak jelita?

Owszem. Albo pochwa. Wiemy, że jeśli to środowisko jest zaburzone, może uszkadzać plemniki. Trochę jak woda w akwarium, która odbija się na zdrowiu ryb. Podobnie jak u kobiet flora bakteryjna pochwy – i w jakiejś mierze zależna od niej flora bakteryjna endometrium – wpływa na płodność, tak u mężczyzn środowisko spermy oddziałuje na jakość plemników. Jedno i drugie zależy dodatkowo od flory bakteryjnej jelit, przynajmniej do jakiegoś stopnia. I na każde – znowu odmiennie u poszczególnych organizmów – można wpłynąć dietą.

Zdarza Ci się to robić?

Czasami tak, zwłaszcza gdy chodzi o mężczyzn. Pracuję głównie z kobietami, które mają endometriozę, problemy z płodnością albo są w trakcie procedury in vitro. Czasem zdarza się jednak, że mądra matka skieruje do mnie swojego dorastającego syna albo mądra kobieta – partnera. Ale to bardzo rzadkie.

W jaki sposób Twoja praca różni się od tej wykonywanej przez lekarzy?

Miałam ostatnio klientkę z endometriozą, której udało się urodzić dziecko, ale cierpi na potworny PMS – bardzo silne spadki nastroju w drugiej części cyklu. Jeśli zwrócimy się z takim problemem do psychiatry, najczęściej dostaniemy receptę na antydepresanty. Chociaż mogą pomóc, to czy rzeczywiście odnoszą się do przyczyny problemu? Mam wątpliwości. Jeżeli pójdziemy do endokrynologa, prawdopodobnie zasugeruje włączenie leków, które cykl trochę zawieszą. To znowu rodzi pytanie: czy na pewno o to nam chodziło? Przyjrzałam się poziomowi histaminy klientki i okazało się, że jest bardzo wysoki – a podnosi się przy wszelkiego rodzaju alergiach, ale też w przypadku problemów z procesem metylacji. Skupiłam się na obniżeniu poziomu histaminy. Klientka zauważyła, że jeśli pilnuje zaleceń, ma o wiele większy wpływ na nastrój. Gdy wcześniej szacowała swój PMS na 7 w skali od 1 do 10, teraz ocenia go na 3. Oczywiście leki mogłyby spowodować, że jej PMS w ogóle by nie istniał, jednak możliwe, że po drodze doprowadziłyby do szeregu innych symptomów.

Jak przebiega praca z klientkami, które mają problem z płodnością?

Nie tak dawno współpracowałam z kobietą, której nie powiodła się pierwsza próba in vitro. Skontaktowała się ze mną przed drugim podejściem. Mimo młodego wieku miała niskie AMH, czyli rezerwę jajnikową. Odczuwała wzdęcia, bolał ją żołądek, więc ograniczała jedzenie. Czyli na jakimś podstawowym poziomie była niedożywiona. Skupiłyśmy się zatem na poprawieniu trawienia, a później na regulacji hormonów – miała również niedobory progesteronu – oraz na odżywieniu flory bakteryjnej. Udało się, zaszła w ciążę. Nie tylko w kontekście in vitro warto pamiętać, że im wcześniej zadbamy o naszą dietę, tym lepiej.

Pracujesz w nurcie medycyny funkcjonalnej. Co to znaczy?

Medycyna funkcjonalna ma dostęp do tych samych badań lekarskich, diagnostycznych i klinicznych, co medycyna konwencjonalna, tzw. zachodnia, ale interpretuje je w inny sposób. Patrzy na ciało z punktu widzenia teorii systemów. Zajmujemy się szukaniem pierwotnej przyczyny jakiegoś zaburzenia.

Przypomina w tym więc medycynę chińską albo indyjską, w których na ciało spogląda się holistycznie.

Tak, zwłaszcza medycyna chińska traktuje organizm człowieka jak naczynia połączone. Tyle że operuje metaforyką, która w zachodnim świecie się nie przyjmuje. Podczas gdy medycyna konwencjonalna skupia się na tym, żeby wydłużyć ludzkie życie, ta funkcjonalna podkreśla, że kluczowa jest jego jakość. A jakość wpływa na przedłużenie funkcjonalności każdego organu.

Medycynę konwencjonalną i funkcjonalną różni też podejście do norm. W tej drugiej patrzymy nie tylko na to, czy mieścimy się w normie, lecz także na to, gdzie w tych widełkach jesteśmy: wysoko czy nisko.

Norma jest daną statystyczną, wyciąga się ją z pewnej puli badań. Często zapomina się, że każde badanie jest wyłącznie wycinkiem – np. mierzy się poziom cholesterolu jednego dnia i zakłada, że taki był przez ostatnie pół roku. A to niemożliwe. Zawieramy więc pewnego rodzaju umowę, że te dane to przejaw prawdy, ale nie cała prawda. W medycynie konwencjonalnej często pomija się indywidualne podejście do pacjenta. Przykładowo, jeśli ktoś ma satysfakcjonujący poziom witaminy D3, nie podejmuje się dalszych działań. Jednak ta osoba może cierpieć na różne choroby autoimmunologiczne, co oznacza, że potrzebuje znacznie wyższego poziomu witaminy D3, aby wspierać swój układ odpornościowy; po prostu utylizuje ją znacznie szybciej. Każdą normę trzeba umieścić w kontekście indywidualnego organizmu. Dlatego diagnoza w podejściu funkcjonalnym wymaga dokładnego wywiadu, szeregu badań i regularnego powtarzania, aby monitorować zachodzące zmiany.


Julita Kordonska: Terapeutka żywieniowa, pracuje w zgodzie z założeniami medycyny funkcjonalnej. Interesuje się zaburzeniami kobiecych hormonów i procesami biologicznymi podczas procedury in vitro.

Czytaj również:

Sen o harmonii Sen o harmonii
Promienne zdrowie

Sen o harmonii

Piotr Stankiewicz

Był taki aktor Zdzisław Karczewski (1903–1970). Dziś już trochę zapomniany, ale kiedyś znany choćby z Ogniomistrza Kalenia i Johna vel Jaśka Pawlaka w Samych swoich. Ciekawa rzecz jest taka, że był on nie tylko aktorem, ale też… sportowcem. I to nie byle jakim: w latach 20. został mistrzem Polski w lekkiej atletyce, a nawet srebrnym medalistą Akademickich Mistrzostw Świata. Był też Marian Łącz (1921–1984), słynny z tego, że przez wiele lat łączył karierę aktora z karierą piłkarza, ba, reprezentanta Polski. Krążył między stadionem a teatrem i obrastał w legendy miejskie, takie jak ta, że pewnego razu wyszedł na scenę w getrach i korkach, bo zapomniał się przebrać.

Ładne te historie. Ale tak z ręką na sercu: co właściwie nam się w nich podoba? Służę odpowiedzią: pogodna harmonia, łagodna nadzieja, że da się w życiu połączyć wartości tak zupełnie różne. Sukcesy w sporcie i w aktorstwie osiągane w jednym i tym samym życiu, sukcesy, na które starcza czasu, przestrzeni i krzepy. To przecież nic innego, jak marzenie o życiu harmonijnym, w którym można łączyć pierwiastki z żywiołów tak różnych, jak to tylko możliwe. Przede wszystkim zaś to marzenie o tym, by sukcesu nie okupywać zaniedbaniem całej reszty, bolesnymi wyrzeczeniami, od których trzeszczy rodzina i leży odłogiem wszystko inne, wyrzeczeniami, które są zrzeczeniem się części samego siebie. Jest to marzenie piękne, a nierealne, i dlatego właśnie najlepiej realizuje się w ciepłym, nieziszczalnym sentymencie wobec biogramów takich, jak przypomniane powyżej.

Czytaj dalej