Budynki jak zwierciadła przemian Budynki jak zwierciadła przemian
Wiedza i niewiedza

Budynki jak zwierciadła przemian

Aleksandra Kędziorek
Czyta się 3 minuty

W finale komedii Playtime Jacques’a Tatiego z 1967 r. sznury samochodów kręcą się na paryskim rondzie jak na karuzeli. Suną wraz z uwięzionymi w nich pasażerami w rytm akordeonu, a w ich szybach odbijają się jednakowe stalowoszare biurowce, w których jednakowych wnętrzach pracują jednakowe ludzkie trybiki. I wszystko w tej odhumanizowanej scenerii działałoby świetnie, gdyby nie główny bohater filmu, pan Hulot, który przez swoją niezdarność odsłania przed widzami kolejne absurdy świata ślepo zapatrzonego w technologię.

Rok później w prawdziwym już Paryżu płoną barykady z poprzewracanych samochodów, zwiastujące nowy rozdział w stosunkach ludzkich i ludzko-maszynowych. Od tych płonących barykad zaczyna swoją najnowszą książkę i na nich ją kończy (znowu mamy rondo!) Łukasz Wojciechowski. Architektura racjonalnej Europy wydana w kwietniu przez wydawnictwo EMG to esej o architekturze XX wieku, w którym to nie budynki, a przemiany technologiczne, społeczne i polityczne grają główne role.

Budynków jest u Wojciechowskiego oczywiście sporo, bo to w nich jak w zwierciadle odbija się historia cywilizacyjnych przemian. Autor unika jednak dzieł klasycznych, wielokrotnie już opisanych i stanowiących kanon historii architektury. Zamiast tego sięga do źródeł – wertuje stare niemiecko-, angielsko-, francusko- i włoskojęzyczne czasopisma, znajduje w nich przykłady mniej znane, geograficznie zróżnicowane, pokazujące dobrą, ale w miarę powszechną architektoniczną produkcję tamtych czasów. Czasy też definiuje dość swobodnie i szeroko. Jego historia to opowieść o „długim wieku XX”, rozciągającym się od XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej do maja 1968 r., w którym dwie wojny światowe stanowią ważny, ale nie graniczny punkt historii. Czuć więc podskórnie w tym eseju ducha Fernanda Braudela, historyka, który wprowadził do nauki kategorię „długiego trwania” i położył akcent na opowieści o procesach przemian społeczno-gospodarczych. Ducha, dodajmy, w polskich książkach o historii architektury rzadko obecnego.

Dostajemy więc opowieść o stopniowo zmieniającej się Europie Zachodniej – zgodnie z tytułem, tej „racjonalnej”, choć w czasach badań postkolonialnych takie określenie natychmiast wywołać musi znak zapytania – i o kolejnych przemianach budowanej w niej architektury. Przemiany te nie zawsze idą w równym tempie. Nowoczesne pływalnie zachwycają „amatorów pływania, którzy jeszcze nie mają w domach łazienek”, a modernistyczne przeszklone przedszkola „są przedsionkiem raju, jeśli porównać je z ustępem na podwórzu dzielonym przez kilkadziesiąt osób i wiadrem ciepłej wody noszonym po schodach zatęchłej kamienicy czynszowej”. Nie są też jednoznacznie pozytywne. Technologiczny rozwój służy zarówno zbrodniarzom wojennym, jak i powojennym państwom opiekuńczym. Zainteresowania modernistów higieną i stypizowanym budownictwem znajdują ponurą kontynuację w promowanej przez nazistów czystości rasy czy projektowanych przez absolwenta Bauhausu obozach koncentracyjnych (co świetnie pokazywała już zresztą Anda Rottenberg w swojej wystawie-eseju Postęp i higiena z 2014 r.), a spowodowane wojnami przyśpieszenie przemysłu służy w powojennych czasach rozwojowi budownictwa mieszkaniowego i produkcji sprzętów codziennego użytku.

Pomysł odejścia od kanonów historii architektury na rzecz informacji wyszukanych w czasopismach „z epoki” jest dość odświeżający. Książkę czyta się tak, jakby się wspólnie z autorem patrzyło przez dziecięcy kalejdoskop – wybrane z architektonicznej masy, pochodzące z różnych krajów i luźno powiązane przykłady układają się w kolejne wzory. Przez to o wiele mocniej niż w książkach skupionych na wielkich architektonicznych nazwiskach wybrzmiewają szersze tendencje, widać powszechność i powtarzalność pewnych zjawisk i rozwiązań, a przede wszystkim – mocne uwikłanie architektury w procesy społeczno-gospodarczych przemian.

Ten medal ma jednak i drugą stronę – architektura opisywana w masie i często na mało wyrazistych przykładach zaczyna się zmieniać w scenografię dla historycznej narracji. W głowie czytelnika przeobraża się w korowód kolejno mijanych budynków, a tym, co wytrąca go z czytelniczego transu, są nie architektoniczne, a społeczno-polityczne wyboje. Gdyby po przeczytaniu ktoś zapytał mnie, jakie budynki wystąpiły w tej architektonicznej historii, z trudem wydobyłabym z pamięci kilka, które zapamiętałam głównie z osobistych pobudek. Trochę jak w filmie Tatiego suniemy tu po skonstruowanym przez autora rondzie, a kolejne budynki odbijają się nam w szybach samochodów. Jeśli czytamy książkę głównie po to, by je zapamiętać, to może być trudne zadanie. Jeśli damy się ponieść narracji, mijany za oknami krajobraz zacznie układać się w spójne i ciekawe procesy.

 

Czytaj również:

Stulecie Bauhausu. Biurko na wygnaniu Stulecie Bauhausu. Biurko na wygnaniu
Doznania

Stulecie Bauhausu. Biurko na wygnaniu

Aleksandra Kędziorek

Gdyby sytuacja polityczna zmusiła Was do kilkakrotnej zmiany adresu najpierw
w ramach kraju, kontynentu, a później świata, co zabralibyście ze sobą w drogę? Ciężkie biurko z wiśniowego drewna, z którym przemieszczał się słynny architekt i dyrektor szkoły projektowania Bauhaus Walter Gropius, nie byłoby pewnie pierwszym wyborem.

Swój tekst o biurku na wygnaniu czyta autorka Aleksandra Kędziorek.

Czytaj dalej