W krainie króla muchomora
i
Maurycy Gomulicki, Marta (fragment), z serii "Nowe przygody sierotki Marysi albo spełnienie marzeń", 1996 r.
Przemyślenia

W krainie króla muchomora

Tomasz Wichrowski
Czyta się 13 minut

Jedne można usmażyć na śniadanie, inne – zjeść po to, aby mieć wielobarwne wizje. Z Maurycym Gomulickim, artystą i miłośnikiem grzybobrania – o grzybach, Meksyku i pakamerze udrapowanej różowym futrem – rozmawia Tomasz Wichrowski.

Tomasz Wichrowski: Pamiętam, jak poznaliśmy się podczas jednego z wernisaży na Muranowie. Przyszedłem spóźniony prosto z grzybobrania. Twoja dziewczyna Mirella powiedziała mi wtedy, że muszę koniecznie cię poznać, bo nie ma drugiej osoby, która tak jak ty kocha wypady na grzyby…

Maurycy Gomulicki: Coś w tym jest. Zawsze miałem jazdę na grzyby i na naturę. Nie przyznawałbym sobie jednak tutaj statusu wyjątkowości – sądzę, że w ogóle my, Polacy, przyjemnie grawitujemy w kierunku przyrody. Nawet jeśli na co dzień jesteśmy typowo miejskimi bytami, to i tak w miarę możliwości staramy się spędzać wakacje nad wodą czy w lesie i jeżeli tylko pogoda dopisuje, urywamy się na weekendy na łonie natury. Delektujemy się pięknem i intymnością tego doświadczenia. Wszyscy moi znajomi – tak bliscy, jak i dalsi – lubią i potrzebują jeździć w miejsca, gdzie nie ma zgiełku, a jest przyroda.

A ty kiedy zacząłeś dostrzegać przyrodę?

Zawsze kochałem mikroświaty i lubiłem przyglądać się naturze. Gdy jako dziecko czekałem na świąteczne prezenty, kładłem się obok choinki i wyobrażałem sobie, że wspinam się na nią jak na sekwoję. Podobnie było w lesie, obserwowałem mchy i czułem się tak, jakbym z lotu ptaka oglądał jakieś atole czy niesamowite archipelagi – to były moje pierwsze egzotyczne podróże. Na runo leśne patrzyłem jak na pejzaż. Przyroda, nawet ta najbardziej nieśmiała, jest szalenie wyrafinowana w swoim szczególe. Zbliżenie się do niej to przygoda z wysublimowanym, wykwintnym pięknem. Gdy rozpoczynałem studia na ASP, fascynowały mnie misterne struktury, byłem rozkochany w sztychach, w Dürerze, w grafikach Słowaka Albina Brunowskiego czy Leszka Rózgi, w tamtych czasach znanego łódzkiego artysty. Moje pierwsze prace przedstawiały łąki, trawy, mchy, struktury porostów…

Czy grzybobranie poruszało

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Ekstaza pod kontrolą
Wiedza i niewiedza

Ekstaza pod kontrolą

Aleksandra Pezda

Współczesny, zachodnioeuropejski szaman siedzi za biurkiem w domowej bibliotece w Hanowerze. Na pozór nie ma żadnych atrybutów szamańskich. „Kiedy ostatnio podawałem pacjentom grzyby albo ecstasy? Przecież się pani nie przyznam” – śmieje się prof. Torsten Passie. Dziś jest szanowanym badaczem, jego najnowsza książka Terapia z użyciem MDMA wyszła właśnie po polsku. Ale zaczynał od wypraw z plecakiem do Meksyku, tropienia lokalnych szamanów i nadziei, że halucynogenne grzyby pomogą mu złapać kontakt z jądrem wszechświata. Czy też z Bogiem – jeśli ktoś woli.

Prof. Passie od 30 lat bada zjawiska, do których dostępu broni mu prawo. Czasem działa legalnie, czasem – jak to mówi – w undergroundowych projektach badawczych. Urodził się w 1961 r., kiedy psychodeliki były w centrum uwagi badaczy w USA i Europie jako przydatne w leczeniu traum, lęków, depresji, uzależnień. I jako środki poszerzające świadomość. Ale LSD „wyciekło” z laboratoriów na ulice i społeczeństwa, przerażone wielką rekreacyjną karierą kwasu, zażądały zaprzestania badań.

Czytaj dalej