Jabłko Jabłko
i
"Jabłoń przy pracowni", Edvard Munch, 1920–1928 r., Munch Museum / Wikimedia Commons (domena publiczna)
Opowieści

Jabłko

H.G. Wells
Czyta się 22 minut

Czy człowiek jest gotów poznać prawdę o sobie?
Taką, to nie.

– Muszę się go pozbyć – rzekł człowiek siedzący w kącie przedziału, przerywając nagle ciszę.

Pan Hinchcliff podniósł głowę, nie rozumiejąc do końca, o co chodzi. Przepadł w kontemplacji swojego biretu, przywiązanego sznurkiem do uchwytu walizki; tego jawnego i rzucającego się w oczy symbolu nowo zdobytej posady nauczyciela. Myślał o nim z rozkoszą, a także o wszystkich wspaniałych rzeczach, które się z nim wiązały. Pan Hinchcliff właśnie został przyjęty w poczet studentów Uniwersytetu Londyńskiego i miał objąć stanowisko pomocnika nauczyciela w gimnazjum w Holmwood – posadę godną pozazdroszczenia. Spojrzał na współpasażera w drugim końcu przedziału.

– Dlaczego by go nie oddać? – mówił dalej. – Oddać! Czemu nie?

Informacja

Z ostatniej chwili! To ostatnia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Nieznajomy był wysokim, mocno opalonym mężczyzną o matowej cerze. Splecione ręce przyciskał do piersi, a stopy opierał o siedzenie przed nim. Bawił się swoim rzadkim, czarnym wąsem i upor­czywie wpatrywał w czubki butów.

– Czemu nie? – powtórzył.

Pan Hinchcliff kaszlnął.

Mężczyzna podniósł wzrok – miał osobliwe, ciemnoszare oczy – i przez dobrą minutę wpatrywał się w pana Hinchcliffa. Na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie.

– Oczywiście – powiedział powoli. – Czemu nie? I skończyć z tym.

– Obawiam się, że nie do końca pana rozumiem – stwierdził pan Hinchcliff i kaszlnął raz jeszcze.

– Nie do końca mnie pan rozumie? – mechanicznie zapytał dziwny mężczyzna, a jego niezwykłe spojrzenie powęd­rowało od pana Hinchcliffa do walizki z ostentacyjnie wyeksponowanym biretem, po czym ponownie spoczęło na twarzy z młodzieńczym zarostem.

– Wypowiedział pan to tak nagle – stwierdził przepraszająco pan Hinchcliff.

– Dlaczego nie miałbym… – kontynuo­wał nieznajomy, wciąż pogrążony w myś­lach. – Pan jesteś studentem? – zapytał, zwracając się już do pana Hinchcliffa.

– Jestem korespondencyjnym studentem Uniwersytetu Londyńskiego – odrzekł z nieskrywaną dumą, nerwowo poprawiając krawat.

– Poszukującym wiedzy – stwierdził mężczyzna. Nagle zdjął nogi z siedzenia, położył ręce na kolanach i zaczął wpatrywać się w pana Hinchcliffa, jakby nigdy wcześniej nie widział studenta. – Dobrze – rzekł i uniósł palec wskazujący. Następnie wstał, wziął swoją torbę z wieszaka na kapelusze i ją otworzył. Delikatnie wyjął z niej coś okrągłego, zabezpieczonego dokładnie sreberkiem, i ostrożnie odwinął. Wyciągnął w kierunku pana Hinchcliffa mały, jędrny, złotożółty owoc.

Student wytrzeszczył oczy i szeroko otworzył usta. Nie sięgnął po owoc – jeśli jego rozmówcy o to w ogóle chodziło.

– Jest to – powiedział z emfazą dziwny nieznajomy – jabłko z drzewa wiedzy. Wiedzy! Spójrz pan na nie: małe, świecące, wspaniałe. I ja je panu dam.

Przez moment umysł pana Hinchcliffa pracował z trudem, aż wreszcie w jego głowie rozbłysło zadowalające wyjaś­nienie: „To szaleniec!” – i oświeciło całą sytuację. „Zabawny, szalony człowiek” – pomyślał. Lekko przekrzywił głowę.

– Jabłko z drzewa wiedzy, ho, ho! – powiedział, spoglądając na nie z udawanym zainteresowaniem, po czym przeniósł wzrok na rozmówcę. – Dlaczego sam go pan nie zje? A poza tym, jak w ogóle do pana trafiło?

– Ten owoc nigdy się nie psuje. Mam go już od trzech miesięcy i jest taki cały czas: błyszczący, jędrny, dojrzały i kuszący, sam pan widzisz. – Oparł rękę na kolanie i rozmarzonym wzrokiem popatrzył na jabłko, po czym zaczął zawijać je z powrotem w sreberko, jakby porzucił plan oddania go.

– Ale jak ono do pana trafiło? – zapytał pan Hinchcliff, który bywał dość dociekliwy. – I skąd pan wie, że to właśnie jabłko z drzewa wiedzy?

– Kupiłem je – odparł nieznajomy. – Trzy miesiące temu, za łyk wody i kawałek chleba. Człowiek, który dał mi je w zamian za uratowanie życia, był Ormianinem. Armenia! Cudowny kraj, najwspanialszy ze wszystkich! Kraj, gdzie do dziś spoczywa Arka Przymierza, pogrzebana w lodowcach Góry Ararat. Ów człowiek, uciekając przed bandą Kurdów, wraz z towarzyszami trafił na górskie pustkowie, o istnieniu którego zwykli ludzie nie mają pojęcia. Uchodząc przed pościgiem, dotarli na zbocze ukryte między wierzchołkami gór. Było ono porośnięte trawą ostrą jak brzytwa, która bezlitośnie cięła i raniła każdego, kto się w nią zapuś­cił. Kurdowie byli tuż za nimi, więc nie pozostało im nic innego, jak rzucić się w trawę, a najgorsze było to, że ścieżki, które oznaczyli własną krwią, pomogły oprawcom w pościgu. Wszyscy uciekinierzy zostali zabici – przeżył tylko ten Ormianin i jego towarzysz. Słyszał krzyki i jęki swoich przyjaciół oraz szelest trawy, którą przeczesywali prześladowcy – a była to trawa bardzo wysoka, sięgająca ponad głowę. Potem rozległy się nawoływania i odpowiedzi, a kiedy po pewnej chwili się zatrzymał, otoczyła go cisza. Krwawił z odniesionych ran, ale parł dalej przed siebie, niczego nie rozumiejąc, aż dotarł do stromego zbocza nad przepaścią. Obrócił się wtedy i zobaczył, że trawy płoną, a dym unosi się niczym zasłona oddzielająca go od wrogów.

Nieznajomy zamilkł.

– Tak? – spytał pan Hinchcliff. – I co dalej?

– Był sam, ociekający krwią, poraniony przez ostrza traw. Skały płonęły w blas­ku popołudniowego słońca, niebo miało barwę roztopionego mosiądzu, a dym z pożaru szedł ku niemu. Nie mógł tam zostać. Nie myślał o śmierci, lecz o męczarniach, które go czekały! Daleko, zza dymu, słyszał krzyki, płacz i zawodzenie kobiet. Zaczął więc wspinać się po skałach. Zbocze usiane było krzewami o suchych gałęziach, które jak ciernie kryły się między liśćmi. W końcu dotarł do krawędzi grani, za którą się ukrył. Spotkał tam swojego druha, pasterza, któremu również udało się uciec. Chłód, głód i prag­nienie były drobnostką wobec okrucieństwa Kurdów, wspinali się więc dalej, do szczytów, przez lody i śniegi. Błądzili tak przez trzy dni.

Trzeciego dnia mieli wizję. Przypuszczam, że wygłodniali ludzie często miewają wizje, ale ostatecznie mamy ten oto owoc. – Podniósł owiniętą kulę. – Słyszałem też co nieco od innych górali, którym legenda obiła się o uszy…

To było pod wieczór, na niebie przybywało gwiazd, kiedy zeszli po zboczu gładkiej skały wprost do przepastnej, ciemnej doliny zarośniętej dziwnymi, powykręcanymi drzewami, na których wisiały, niczym świetliki, małe kulki – osobliwe, okrągłe żółte światełka.

Nagle, w oddali wielu mil, w głębi doliny, pojawiło się światło. Złoty płomień przesuwał się ku nim powoli, a jego blask czynił karłowate drzewa czarnymi jak noc, zbocza i ich samych barwił zaś ognistym złotem. Ponieważ znali doskonale górskie legendy, natychmiast poznali, że są w Edenie i widzą strażnika Raju, pad­li więc przed nim na twarze jak rażeni gromem.

To właśnie była ta wizja. Gdy odważyli się spojrzeć ponownie, dolina znów pogrążona była w ciemności. Nagle świat­ło powróciło – było jak płonący bur­sztyn.

Wtedy pasterz zerwał się na nogi i z okrzykiem pobiegł ku niemu. Jego towarzysz jednak bał się za bardzo, by do niego dołączyć. Stał osłupiały, zdumiony i przerażony, patrząc, jak jego druh zbliża się do przesuwającego się blasku. Ledwie pasterz wyruszył, rozległ się huk podobny do grzmotu – łopot niewidzialnych skrzydeł przesuwających się w górę doliny – a wielki, straszliwy lęk owładnął przestrzenią. Wtedy to właśnie człowiek, który dał mi ten owoc, odwrócił się, chcąc ujść z życiem. Otoczony zgiełkiem rzucił się w popłochu biegiem z powrotem po zboczu, lecz potknął się o jeden z tych karłowatych krzewów, a do jego ręki spadł dojrzały owoc. Ten owoc. W tej samej chwili skrzydła i grzmoty otoczyły go ze wszystkich stron. Upadł i stracił przytomność, a gdy odzyskał zmysły, był pośród zwęglonych ruin własnej wios­ki, gdzie razem z innymi zajmowałem się rannymi. A wizja? Cóż, złote jabłko z tamtego drzewa wciąż tkwiło w jego dłoni. Byli tam i tacy, którzy znali legendy – oni wiedzieli, czym mógł być ten dziwny owoc.

Zamilkł na chwilę.

– I oto on.

Była to historia naprawdę niezwykła jak na opowieść snutą w wagonie trzeciej klasy pociągu przemierzającego Sussex. Zdawało się, że rzeczywistość stanowiła jedynie zasłonę, przez którą prześwituje świat fantastyczny – a teraz właśnie ten fantastyczny świat wychylał się zza niej.

– Doprawdy? – było to jedyne, na co potrafił się zdobyć pan Hinchcliff.

– Wspomniana legenda – kontynuo­wał nieznajomy – głosi, że owe gęstwiny karłowatych drzew rosnących w dolinie wyrosły z jabłka, które Adam trzymał w dłoni, gdy razem z Ewą opuszczali Raj. Kiedy zorientował się, że trzyma nadgryziony owoc, z irytacją odrzucił go na bok. Drzewa ciągle tam rosną, w opuszczonej dolinie otoczonej wiecznymi śniegami, a płomienne miecze trzymają pieczę nad tym miejscem aż do dnia Sądu Ostatecznego.

– Myślałem, że takie rzeczy są… – pan Hinchcliff zawahał się – że to bajki, przypowieści raczej… Czy chce mi pan powiedzieć, że tam, w Armenii…

Nieznajomy odpowiedział na zawieszone pytanie, podnosząc owoc na otwartej dłoni.

– No ale przecież pan nie wie, czy to naprawdę owoc z drzewa wiedzy – powiedział pan Hinchcliff. – Ten człowiek mógł mieć… cóż, coś w rodzaju przywidzenia, powiedzmy. Załóżmy, że…

– Proszę na to spojrzeć – przerwał mu mężczyzna.

Była to istotnie nietypowo wyglądająca kula, nie do końca jabłko. Pan Hinchcliff dostrzegł w niej dziwnie świecący, złocisty poblask – jakby samo światło zostało wplecione w materię, z której została zrobiona.

Im dłużej się jej przyglądał, tym wyraźniej widział opuszczoną dolinę ukrytą w górach, ogniste miecze strzegące wejścia do niej, i mocniej odczuwał starożytne tajemnice historii, którą właśnie usłyszał.

Potarł oko palcem.

– Ale… – powiedział.

– Owoc wygląda tak samo od trzech miesięcy – jest jędrny i dojrzały. Prawdę mówiąc, mam go nawet kilka dni dłużej. Nie wysycha, nie więdnie, nie psuje się.

– A czy pan sam naprawdę wierzy, że to… – zaczął pan Hinchcliff.

– To zakazany owoc.

Nie sposób było wątpić w trzeźwe zmysły tego człowieka ani szczerość tonu jego głosu.

– Owoc poznania.

– Dobrze, powiedzmy, że naprawdę nim jest – powiedział pan Hinchcliff po chwili, ciągle wpatrując się w jabłko. – Ale w sumie to nie jest rodzaj wiedzy, na jakiej mi zależy. Nie ten typ wiedzy. Mam na myśli to, że Adam i Ewa już go próbowali.

– Dziedziczymy po nich ich grzechy, ale nie ich wiedzę – odpowiedział nieznajomy. – To zaś uczyniłoby wszystko znów zupełnie klarownym. Mielibyśmy wejrzenie we wszystko, patrzylibyśmy przez wszystko, aż do najgłębszego sensu każdej rzeczy…

– To czemu go pan nie zje? – zapytał pan Hinchcliff, którego nagle oświeciło.

– Miałem taki zamiar. Ale ludzkość upad­ła. Samo ponowne spożycie jabłka nie mogłoby raczej…

– Wiedza to władza – stwierdził student.

– Ale czy daje szczęście? – zapytał nieznajomy. – Jestem starszy od pana. Ponad dwa razy starszy. Brałem to do ręki raz po raz, a moje serce za każdym razem mdlało na myśl o tym, czego mógłbym się dowiedzieć dzięki tej straszliwej nieuchronności poznania… Proszę sobie to wyobrazić: cały świat nagle staje się bezlitośnie oczywisty.

– Myślę, że to byłaby jego wielka zaleta – odparł pan Hinchcliff. – Generalnie rzecz biorąc.

– A gdyby mógł pan zajrzeć w serca i umysły wszystkich wokół? W najskrytsze zakamarki myśli ludzi, których pan kocha, których miłość pan ceni?

– Szybko wyszłoby na jaw, kto z nich jest obłudnikiem – odpowiedział pan Hinchcliff, wyraźnie zafascynowany tą myślą.

– Co gorsza, mógłby pan poznać siebie, obnażyć się z wszystkich najintymniejszych iluzji. Zobaczyć samego siebie bezwzględnie, absolutnie; zrozumieć wszystkie swoje żądze i słabości, które ograniczają osiągnięcia… Wszystko jasne i oczywiste, bezlitosne.

– To również mogłoby być pożyteczne. „Poznaj siebie”, tak mówią.

– Pan jesteś młody – odpowiedział nieznajomy.

– Jeżeli nie zamierza pan jeść tego jabłka, a tak bardzo pana męczy, to czemu go pan po prostu nie wyrzuci?

– I znów chyba pan mnie nie rozumie. No jak można wyrzucić coś takiego? Jaś­niejącego, wspaniałego? Gdy raz wejdzie się w posiadanie takiej rzeczy, wiąże się z nią na zawsze. Z drugiej strony, zawsze można ją oddać… Oddać ją komuś, kto pragnie wiedzy, kto nie lęka się tej straszliwej przenikliwości spojrzenia…

– Oczywiście – powiedział pan Hinch­cliff – ten owoc może być trujący.

Nagle jego wzrok padł na coś nieruchomego za oknem wagonu, końcówkę białej tablicy z czarnymi literami.

– …mwood – odczytał.

Drgnął gwałtownie.

– Na miłość boską! – zawołał pan Hinch­cliff. – Holmwood!

Trzeźwa rzeczywistość natychmiast przysłoniła mu mistyczne marzenia, które powoli zaczynały ogarniać jego umysł.

Chwilę później już otwierał drzwi wagonu, z walizką w dłoni. Konduktor dawał sygnał do odjazdu, kiedy pan Hinch­cliff wyskoczył na peron.

– Trzymaj! – wrzasnął głos za nim. Ujrzał ciemne oczy nieznajomego błyszczące w świetle oraz złoty owoc – migoczący i piękny – wyciągnięty w jego kierunku. Chwycił go odruchowo, kiedy pociąg ruszył.

– Nie! – krzyknął wtedy dziwny mężczyzna i zamachnął się, jakby chciał go odebrać.

– Odsunąć się! – zawołał konduktor i popchnął drzwi, by je zamknąć. Nieznajomy wystawił głowę i rękę przez otwarte okno i rzucił coś, czego pan Hinchcliff nie dosłyszał. Niebawem padł na niego cień i w mgnieniu oka zniknął. Pan Hinch­cliff stał oniemiały, z cudownym owocem w dłoni, wpatrując się w ostatni wagon odjeżdżającego pociągu, który wkrótce skrył się za zakrętem. Przez krótki moment nie mógł zebrać myśli, ale zaraz uświadomił sobie, że dwie czy trzy osoby na peronie przyglądają mu się z zaciekawieniem. Czyż nie był nowym nauczycielem, który zaczyna dziś pracę? Przyszło mu do głowy, że widzowie tej sceny mogli pomyśleć, że owoc, który trzymał w ręku, to zwykła pomarańcza, banalna przekąska. Zarumienił się na tę myśl i wsunął go do bocznej kieszeni, gdzie nieestetycznie się odznaczał. Nie miał jednak innego wyjścia, więc – próbując zatuszować zakłopotanie – ruszył nieporadnie w ich stronę, by zapytać o drogę do gimnazjum i sposób przewiezienia walizki oraz dwóch okutych żelazem kufrów podróżnych czekających na niego na peronie.

Doprawdy, osobliwa to historia, którą będzie mógł się później podzielić!

Okazało się, że bagaż można za sześć pensów przewieźć wózkiem, on zaś mógł pójść przed nim pieszo. Wydawało mu się, że w głosach ludzi, z którymi rozmawiał, pobrzmiewała nuta ironii. Był wyraźnie zmieszany na myśl o owocu wybrzuszającym kieszeń i wypaczającym jego nienaganną sylwetkę.

Osobliwa powaga człowieka z pociągu i czar opowieści, którą snuł, na pewien czas odwróciły bieg myśli pana Hinch­cliffa. Niczym mgła przysłoniły jego przyziemne troski. Ognie wędrujące tam i z powrotem! Lecz jeszcze przed opuszczeniem stacji zaaferowanie nową posadą – a przede wszystkim stosownym wrażeniem, jakie musi wywrzeć po przestąpieniu progu szkoły – wróciło do niego ze wzmożoną siłą i całkiem zapomniał o tej niezwykłej przygodzie.

A jednak to doprawdy niezwykłe, jak kłopotliwym dodatkiem może się okazać miękki, jasnozłoty owoc, ledwie trzy cale średnicy, dla wrażliwego młodzieńca, który pragnie zaprezentować się z jak najlepszej strony. Tworzył okropną wypukłość w kieszeni czarnej marynarki, psując elegancki sznyt całego stroju. Gdy Pan Hinchcliff  mijał staruszkę, poczuł jej wzrok omiatający wybrzuszenie. W jednej dłoni trzymał rękawiczkę, w drugiej laskę, nie mógł więc chwycić jeszcze owocu. Kiedy dotarł do wystarczająco ustronnego miejsca, wyjął kłopotliwy skarb z kieszeni i spróbował ukryć go w kapeluszu. Okazał się jednak zbyt duży, kapelusz chwiał się komicznie i gdy student już miał go wyjąć, zza zakrętu nadjechał pomocnik rzeźnika.

– Do licha! – zawołał pan Hinchcliff.

Najchętniej zjadłby to coś od razu i posiadł wszechwiedzę od ręki, ale przecież głupio wchodzić do miasteczka, ssąc soczysty owoc. Bo niewątpliwie był to owoc soczysty. Jeśli któryś z jego wychowanków zobaczyłby coś takiego, z pewnością mogło to zaszkodzić jego reputacji i osłabić poważanie. Poza tym – sok mógłby ubrudzić twarz i poplamić mankiety. Jeśli byłby kwaśny jak w cytrynie, mógł nawet odbarwić ubranie!

Zza zakrętu wyłoniły się dwie miłe, oświetlone słońcem dziewczęce postaci. Szły powoli w stronę miasteczka, rozmawiając – w każdym momencie mogły dostrzec czerwonego z zakłopotania młodzieńca, który niósł w ręku coś w rodzaju świecącego, żółtego pomidora. Na taki widok na pewno wybuchłyby śmiechem.

– Dość tego! – zawołał pan Hinchcliff i gwałtownym ruchem cisnął owoc za kamienny mur sadu, który przylegał do drogi. Gdy tylko ten zniknął z pola widzenia, przez krótką chwilę poczuł lekkie ukłucie straty. Poprawił laskę i rękawiczkę, po czym wyprostowany, z pewnością siebie, minął dziewczęta.

Ale w ciemności nocy pan Hinchcliff miał sen. Zobaczył dolinę, płonące miecze, powykręcane drzewa i uświadomił sobie, że to naprawdę było jabłko z drzewa wiedzy, które lekkomyślnie odrzucił. Obudził się bardzo nieszczęśliwy.

Rankiem jego żal zniknął, lecz co jakiś czas wracał i zaprzątał mu myśli – ale nie wtedy, gdy był czymś bardzo zajęty lub gdy odczuwał szczęście. Wreszcie, pewnej księżycowej nocy, w okolicach jedenastej, kiedy Holmwood spowijała cisza, jego żale powróciły ze zdwojoną siłą. Poczuł zew przygody i wymknął się z domu, przeskoczył przez mur szkolnego boiska, przeszedł przez uśpione miasteczko do drogi prowadzącej na dworzec i włamał się do sadu, do którego wyrzucił owoc. Pośród zroszonej trawy i delikatnych dmuchawców mniszka niczego jednak nie znalazł.

Pierwotnie opowiadanie ukazało się w magazynie „The Idler” (październik 1896 r.). Lead pochodzi od redakcji „Przekroju”.

Czytaj również:

Kwanty jaźni Kwanty jaźni
i
kolaż: „Przekrój"
Wiedza i niewiedza

Kwanty jaźni

Beata Kucieńska

Rozwój fizyki kwantowej nadał nowy wymiar rozumieniu, czym jest świadomość. Podczas gdy jedni wierzą, że można ją sprowadzić do biologicznych czy matematycznych procesów, noblista Roger Penrose przedstawia dowody na to, że nasza jaźń zdecydowanie poza nie wykracza.

Czym jest świadomość? Pytanie to zadają sobie nie tylko filozofowie, lecz także naukowcy. Między innymi w buddyzmie czy hinduizmie świadomość postrzegana jest jako pierwotna, wszechobecna energia i źródło materialnego świata. Człowiek i jego indywidualna świadomość jest w tych tradycyjnych systemach filozoficznych po prostu zakotwiczoną w określonym czasie emanacją uniwersalnej świadomości. Koncepcję, która w dużej mierze odpowiada tym starożytnym filozofiom, rozwija jeden ze współczesnych naukowców, Roger Penrose – brytyjski fizyk, matematyk i filozof nauki, noblista z 2020 r. (nagrodę otrzymał za badania nad czarnymi dziurami). Według niego świadomość działa na poziomie kwantowym w sposób, którego nie da się sprowadzić do obliczeń. Z tego powodu jej natura jest niedostępna dla komputerów i sztuczna inteligencja nie może stać się świadoma.

Czytaj dalej