Gran Premio Gran Premio

Gran Premio

Z archiwum „Przekroju”
Sobiesław Zasada
Czyta się 7 minut

Ja ich rozniosę na pierwszych 60 kilometrach!” Dlaczego w ten sposób mówię? Tego nigdy nie było. Jestem naładowany jak chmura gradowa. Wszyscy boją się jutrzejszego etapu. Mój nastrój zauważyli dziennikarze. Snują domysły. Powstają najróżniejsze plotki. Znowu jesteśmy punktem zainteresowania.

Wieczorem na przyjęciu mówię do radia i konkurentów: „Pomimo przegranej jestem szczęśliwy z udziału w tej pięknej sportowej imprezie. Dobrze wiecie, że mamy kłopoty z podwoziem samochodu. Wątpię, abym mógł na jutrzejszym etapie odegrać poważniejszą rolę. Pragnę zrewanżować się za waszą sportową postawę. Pomimo że droga jest wąska, natychmiast ustąpię tym, którzy będą chcieli mnie wyprzedzić. Dajcie tylko syg­nał i zapalcie światła, abym mógł was szybko zauważyć. Jestem gotów nawet stawać przy wyprzedzaniu, byle wam, drodzy przyjaciele, nie przeszkadzać”. Duże brawa kwitują moje wystąpienie.

Patrzę na salę i myślę: Sobek, jaki ty jesteś obłudny. Czarujesz swoją sportową postawą, dawaniem wolnego przejazdu – ba, nawet stawaniem. A w rzeczywistości jesteś pewien, że to ty będziesz wyprzedzał. Taktyka w sporcie niejednokrotnie prowadzi do zakłamania. Muszę wyprzedzić osiem wozów i każdy chwyt taktyczny uważam za dobry. […]

Punktualnie o 7.04 puszczam pedał sprzęgła. Pościg za konkurentami rozpoczęty. […]

Mam 8 km asfaltu. Może jadę trochę za szybko? Każdy zakręt w poślizgu na granicy bezpieczeństwa. Widzę po panicznym lęku i cofaniu się zgromadzonych wzdłuż drogi widzów, że nasze tempo robi wrażenie. […]

Po prawej stronie drogi w połowie zakrętu jak świeca sterczy wbite w skałki Torino. To Gaston Perkins (piąty w klasyfikacji generalnej). Odwieziono ich do szpitala – niegroźne obrażenia. Zbliżamy się do podnóża gór. Droga zmienia swój wygląd. Przed nami prostopadła ściana z półeczkami. Zjeździłem na rajdach większość dróg w Europie. Nigdzie nie spotkałem drogi z tak mocną ekspozycją. To robi wrażenie. […]

Moje rozumowanie i taktyka są proste.

Argentyńczycy nie startują w rajdach. Biorą udział wyłącznie w wyścigach na torach lub na trasach o szerokiej nawierzchni. Gran Premio rozgrywane jest raz do roku. Oni boją się tej prostopadłej ściany więcej niż ja. Jadą na wozach gabarytowo większych niż Porsche. To dodatkowe trudności.

Muszę więc rozegrać etap na pierwszych 100 kilometrach. Na pozostałej trasie mogę najwyżej utrzymać zdobytą przewagę.

Zbliżamy się do Torino. Nie wiem, kto na nim jedzie. Przed nami jest jeszcze 5 samochodów. Daję sygnały, migam światłami.

Przekonałem się, jak bardzo potrzebna była moja wczorajsza wypowiedź (że ja będę zawsze usuwał się na bok i przepuszczał wyprzedzające wozy). Argentyńczyk trzymał nas najwyżej 200 metrów. Znalazł minimalne rozszerzenie trasy i, prawie stając, przytulił się do skały.

Wyprzedziłem go po zewnętrznej stronie drogi, zawadzając troszeczkę o kamień przydrożny i tylnym zderzakiem o Torino.

Nie myślę o niebezpieczeństwie. Jadę, jak umiem najlepiej, i muszę rwać do przodu. Mijam dalsze dwa wozy. Tuż przed szczytem Chevroleta – to mój dobry przyjaciel Sancha. Byłem od niego dobre 100 metrów. Sancha stanął na zewnętrznej stronie lewej patelni. Nie straciłem ani sekundy. Przerywanym sygnałem dziękuję mu za ten wspaniały gest.

Przed nami jeszcze musi być nasz najgroźniejszy konkurent Canedo. On walczy o generalne zwycięstwo. Dopiero po 20 km w oddali błysnęły mi światła stop. Jest Canedo.

Zjeżdżamy w dół. Ten odcinek trasy ma bardzo zdradliwą nawierzchnię. Dużo mostków i wzniesień. Przy szybkiej jeździe przeszkody te zamieniają się w naturalne skocznie. Trzeba z dokładnością do 1/100 sekundy po wejściu na przeszkodę krótko przyhamować, aby dociążyć przód wozu i nie dać się wyrzucić.

Droga o podłożu gliniastym (wysuszona na beton) pokryta warstwą piasku. Każde mocniejsze hamowanie blokuje koła. Samochód sunie jak sanie po śniegu. Porsche lepiej znosi trudności od Torino. Mimo heroicznych wysiłków w długiej walce Canedo pozostaje w tyle. Nie zmniejszam tempa. […]

Jedziemy na wschód. Wieje boczny południowy wiatr. Jest po deszczu. Na szerokim dobrym asfalcie plamy wody. Dochodzimy do maksymalnej szybkości naszego Porschaka 218 km/godz.

Nagle robi mi się gorąco. Serce ciśnie się do gardła, wstrzymuję oddech. Powiał silniejszy wiatr. Centymetr po centymetrze znosi nas na lewe pobocze. Minimalnie ujmuję gazu. Nie hamuję. Bardzo delikatnie ciągnę kierownicę w prawo. Niewiele to pomaga. Jestem bezsilny. Nie mam czasu na jakąkolwiek analizę sytuacji. Instynkt każe mi tak reagować. A może to wyuczony i wypraktykowany odruch? Jeszcze około 2 metry do pobocza. Dobrze, że jechałem bardziej prawą stroną drogi. I wtedy, gdy jestem już bardzo blisko pobocza i tracę nadzieję – zelżał napór wiatru. Po kilkuset metrach wróciłem na środek drogi. Okropny sport. Za często przez ułamek sekundy, a nieraz i przez parę sekund, przeżywa się śmiertelnie groźne sytuacje.

To był dla mnie najbardziej niebezpieczny moment w całym Gran Premio.

Przychodzi mi na myśl, że tak kiedyś zginął Rosemeyer. Był nadzieją Niemiec w wyścigach samochodowych. Rywalizował ze słynnym Caracciolą. Odbywała się próba bicia rekordu szybkości bezwzględnej na prostej: pomimo bocznego wiatru odważył się na jeszcze jedną próbę. Nie mógł znieść, że rekord pozostanie w rękach Caraccioli. Miał szybkość około 370 km/godz. Wyszedł z ochronnej ściany lasu. Wiejący boczny wiatr tak samo centymetr po centymetrze ściągał go na pobocze. Nie był w stanie uratować się. Wyleciał z trasy i zginął na miejscu.

Dopiero po paru kilometrach otrząs­nąłem się z przeżytego szoku. Pytam Jurka: „Co myślałeś? Jak ci się to podobało?”. On nie bardzo mnie rozumie. „O co chodzi?” – pyta.

Opowiedziałem moje przeżycia. Wszystko przebiegało tak szybko, że nawet tego nie zauważył. […]

Zwalniam trochę na ostatnich kilometrach. Odczuwamy duży lęk, czy coś nie nawali. Czule przemawiamy do Porschaka: „Bądź poważny, wytrzymaj te kilkadziesiąt kilometrów”.

Te ostatnie kilometry są zawsze najbardziej denerwujące. Każdy szmerek i skrzypnięcie w samochodzie – a może coś pęka? – przyprawia o palpitację serca.

Jeszcze kilkanaście kilometrów.

Szpalery publiczności. Automatycznie trąbię, migam światłami i myślę o Polonii argentyńskiej. Wyobrażam sobie przy głośnikach radiowych roześmiane buzie dzieci polskich. Radość wszystkich Polaków. Przecież w tej chwili spełniają się ich gorące pragnienia. Polacy zwyciężają w najbardziej narodowej, ambicyjnej i okrytej chwałą dyscyplinie sportu argentyńskiego. […]

Bardzo bałem się tego wyścigu. Rok 1967 pochłonął życie wielu kierowców rajdowych. Zginęli między innymi dwaj moi przyjaciele: najlepszy rajdowiec Francji Roland oraz mistrz Europy na rok 1966 Niemiec Klass. Pragnąłem wyjazdu do Argentyny. Pasjonował mnie ten wyścig. Równocześnie prześladowała myśl, że mogę się zabić i nie wrócę do domu.

Opada chorągiewka na linii mety. Żyjemy! Wygraliśmy! Spontaniczne wiwaty stojących wzdłuż trasy widzów. Rozkosz zwycięstwa, entuzjazm tłumów i droga usłana kwiatami.

Wjeżdżamy do parku. Pękają podwójne kordony policji. Mrowie ludzi wypełnia park. Trąbki – okrzyki – gwizdki – jazgot – jak na odpuście. Z naręczami kwiatów wyskakujemy na dach samochodu. Wszyscy chcą nas zobaczyć. Filmowcy i fotoreporterzy pracują w tej ciżbie z nadludzkim wysiłkiem. Chcemy zejść z samochodu. Nie dotknęliśmy ziemi. Lądujemy na ramionach entuzjastów Nasze kości są w poważnym niebezpieczeństwie.

Fragmenty tekstów z nr. 1188, 1119, 1120/1968. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

81. urodziny „Przekroju” 81. urodziny „Przekroju”
i
rysunek: Marek Raczkowski
Doznania

81. urodziny „Przekroju”

Marcin Orliński

Czemu mamy hecne miny?
„Przekrój” ma dziś urodziny!

Jaki wynik? Osiem jeden.
Spoglądamy więc za siebie.

Czytaj dalej