Skoro tylko pociąg Kraków–Warszawa minie tunel, przy oknach jego robi się zaraz pustawo. Podróżni zabierają się do lektury lub do pokrzepiającej drzemki. Linia wzgórz przebita tunelem stanowi bowiem wyraźną granicę krajobrazową. Na północ od niej, aż niemal po Kielce, rozpościera się kraj płaski raczej i mało ciekawy […].
Myślę jednak, że warto tu zwrócić uwagę na pewien pozornie bardzo powszedni obiekt. Bliskość jego obwieści nam dudnienie pociągu po moście nad Nidą.
Zaraz za tą rzeką (której nazwa zalicza się do najstarszych, najbardziej czcigodnych w naszej połaci Europy) znajduje się znacznie mniej dostojna wioska Sobków i przystanek kolejowy tegoż imienia. W porze letniej – no, pół biedy. Ujdzie. Bujna zieleń wszystko upiększa. Ale podczas szarugi jesiennej albo w zimie łatwo zauważyć, że tutaj ludzie nie tyle dotychczas żyli, co wegetowali na najbardziej prymitywnym poziomie. Świadczy o tym zwłaszcza widok chałup najbliższych toru. Ani tu ogródka, ani płotu nawet…
Pragnąłbym teraz przytoczyć pewien cytat z pamiętnika cudzoziemskiego wprawdzie i dość starego, ale odnoszącego się akurat do tych samych stron. Długo się wahałem, długo cytat ów trzymałem w szufladzie w zamknięciu niczym jadowitą gadzinę. Jest bowiem bardzo nieprzyjemny i bardzo brutalny. A i osoba jego autora w najwyższym stopniu podejrzana. Ale myślę, że trzeba się zdecydować.
Toczy się obecnie w całej Polsce szeroka dyskusja przedwyborcza. Chodzi w niej m.in. o to, by sobie w pełni uświadomić, z jakich nizin, z jakich depresji dźwiga się teraz Polska. O to, by zrozumieć, że z dnia na dzień zmienia się nasza ranga w Europie i świecie. Ale jeżeli chcemy to pojąć, to przedtem musimy dokładnie poznać charakter „rangi” poprzedniej. O niej właśnie w sposób bezceremonialny mówi ów cytat.
Autorem jego jest Paweł von Hindenburg, który w roku 1914 wiódł IX armię niemiecką od Bytomia ku Wiśle, na Radom i Opatów. Hindenburg był zakamieniałym imperialistą i superfeudałem. Ale w roku 1914 okoliczności historyczne ułożyły się tak, że nie potrzebował ceremoniować się z feudałami polskimi i rosyjskimi. Mógł więc napisać prawdę. I wyraził ją tymi słowy:
„Wkraczamy do rosyjskiej Polski i w tejże chwili pakujemy się w to, co generał francuski, opisując przeżytą przezeń kampanię napoleońską zimą 1806 roku, nazwał szczególnym elementem tutejszej wojny, a mianowicie – w gnój! („den Dreck”). I to w gnój pod każdą postacią, a więc nie tylko pod gołym niebem, lecz także w tak zwanych ludzkich mieszkaniach i na samych ludziach. Przekroczywszy granicę, weszliśmy jak gdyby w inny świat… W jakiejże niedoli cielesnej, moralnej i materialnej pozostawiła ten kraj opieka państwowa rosyjska, jak mało z polskiego przerafinowania u góry przeniknęło w dolne warstwy siłą powstrzymane w rozwoju!”.
Ostatnie zdanie podkreśliłem ja. Bo o „zasługach” zaborczej „opieki państwowej” wszyscy wiemy dobrze. Ale w jednym z niedawnych numerów „Przekroju” publikowałem artykuł „Stare Kuźnice”. Przytaczałem tam wyniki badań naszych uczonych, którzy udowadniają w sposób niezbity, że rodzima, polska magnateria siłą zahamowała postęp mas ludowych już w stuleciu XVII, a nawet jeszcze wcześniej. Tego niesławnego faktu nie należy wstydliwie chować w ponury cień carskiej „opieki państwowej”, która zacofanie jeszcze powiększyła.
Hindenburg pisał w roku 1914. Co się zmieniło w ciągu następnych lat dwudziestu pięciu, do roku 1939? Bardzo niewiele. Wyrosły „sławojki”, ale Łódź kanalizacji nie otrzymała. Nie tylko wsie, ale też miasta pozostały brudne i cuchnące. Prymityw najgorszego typu nie tylko przetrwał, ale nawet sięgnął poza dawne granice. Wystarczy przypomnieć dzielnice bezrobotnych w Gdyni…
W ciągu „dwudziestolecia” dystans cywilizacyjny dzielący Polskę od wszystkich państw otaczających nie malał, ale całkiem odwrotnie – wzrastał w sposób straszny. Nasz dochód społeczny niższy był niż w Rumunii, w Łotwie i na Litwie.
[…]
Czemu przypominam to wszystko przy okazji wzmianki o wiosce nad Nidą? Wcale nie po to, by komukolwiek dokuczyć. Wiem to aż nazbyt dobrze, że w stronach nieco dalszych od kolei pełno jest osiedli jeszcze bardziej zacofanych. Sobków wymieniłem dla konkretu, który sobie każdy z okna wagonu sam obejrzeć może. I dlatego, że codziennie obserwować tutaj można zjawisko świadczące o zmianie na lepsze.
[…]
Wieś kupuje. Fakt podniesienia się zamożności wsi zauważyć łatwo gołym (byle nieuprzedzonym) okiem. Ale pilnie wyglądając przez okna przemierzających ten kraj pociągów, łatwo zauważyć rzeczy niezmiernie charakterystyczne i poprzednio niebywałe.
[…]
Zaledwie siedem lat, a już potrafiliśmy dokonać rzeczy bez porównania większych niż w ciągu całego dwudziestolecia.
[…]
Nie chcę tu wcale twierdzić, że w trakcie tych lat siedmiu zdążyliśmy zapomnieć o obyczajach i przyzwyczajeniach poprzedniej epoki. To, niestety, tak szybko nie idzie. „Pytał raz ktoś, już nie wiem – diabła czy Pińczuka: dlaczego siedzisz w błocie? Siedzę, bom przywyknął” (bardzo przepraszam, jeżeli zacytowałem Mickiewicza „własnymi słowami”, ale to z pamięci). Tu nie ma się co wstydzić – powstaje właściwie nowy problem: trzeba ludzi uczyć należytego korzystania z dóbr kulturalnych i cywilizacyjnych, jakie im czasy obecne coraz bardziej udostępniają. Trzeba nieraz tłumaczyć, że wanna to nie jest skład na węgiel. Wcale nie wstyd przyznać się głośno, że na wszystkie sposoby likwidujemy zacofanie tych, którzy dawniej byli „siłą powstrzymani w rozwoju”.
Wysiadam z pociągu przy podrzędnej stacyjce, gdzie muszę trochę poczekać na połączenie. Kolejarz radzi mi pójść do świetlicy.
Spora, bardzo czysta i jasna sala. Firanki. Dolne szyby w oknach z matowego szkła. Są czasopisma. Szachy. Warcaby. A wszystko razem w tej zapadłej mieścinie wygląda jak wysepka kultury. Nie ufundowano jej tu dla reklamy. Przy tej stacyjce z dalekobieżnych pociągów nikt prawie nie wysiada. Rozgłosu nie będzie.
Niby drobiazg, taka świetlica. A w gruncie rzeczy niezbity argument, że troska o wszechstronne podniesienie kraju, o zmianę jego rangi w świecie służy – człowiekowi.
Fragment tekstu z nr. 390/1952, s. 5. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.