Zupełnie nowy pomysł Zupełnie nowy pomysł

Zupełnie nowy pomysł

Z archiwum „Przekroju”
Mira Michałowska
Czyta się 2 minuty

– Żeby z psem się pchać do pociągu – wrzasnęła gruba kobieta w chustce na głowie – tego jeszcze nie było. Idź pani piechotą z tym kundlem.

– Z jakim znowu kundlem? – krzyknął Andrzej. – To jest prawdziwy pudel.

– Pudel nie pudel – warknął wąsaty facet w butach z cholewami – miejsce obywatelom się zajmuje. Jeszcze kogo pogryzie. Bez kagańca takiego czarnego psa wozić. Przed wojną tego nie było.

– Psy się trzyma i karmi w dzisiejszych czasach – oburzyła się jejmość w granatowym płaszczu z futrzanym kołnierzem – pewnie jeszcze mięsem karmią. I na co to? Co się z tego ma? Króliki hodować to rozumiem, albo świnie.

– W mieście świnie trzymać trudno – powiedział wąsaty. – Ale króliki, owszem. Można. Niedrogo kosztuje, a mięso jest dobre i skórki się sprzeda.

– A my właśnie świnie w piwnicy trzymamy – odezwała się spod okna kobieta w średnim wieku, z wielką torbą na ręku. – Z całego domu odpadki się zbiera. Świniak tłusty, aż miło. Będzie z niego szyneczka, że palce lizać.

– Mama, oni świnię chcą zamordować – szepnął Andrzej przerażony.

– Kury też rozumiem – dodała jejmość w granatowym płaszczu. – U nas znów w piwnicy kury się trzyma. Na dwór nie puszczamy, bo by się rozleciały po całej Warszawie.

– Kury też męczą – zdenerwował się Andrzej.

– Co tam kura wie – zaśmiała się jejmość. – Chce jeść i tyle. Cały dzień by żarła. Jakby się męczyła lataniem, to by mało jaj składała.

– A składa? – zapytał Andrzej.

– Właściwie to nie – zamyśliła się jejmość.

– No, widzi pani. – Andrzej niepostrzeżenie wpychał Lejka pod ławkę.

– A pies pilnuje domu. Jakby złodziej chciał się zakraść, to zaraz by go pogryzł i narobiłby takiego hałasu, że wszyscy by się zbudzili.

– A, mówiłam – krzyknęła kobieta z torbą na ręku. – Gryzie! Gryzącego psa w wagonie wiozą. Zaraz dam znać milicji. Niech tylko pociąg się zatrzyma. Taki szczeniak żeby trzymał psa.

– Mama, ona na mnie mówi szczeniak – zaczerwienił się Andrzej.

– Nie szkodzi, nie szkodzi – powiedziała matka Janka, wciśnięta na ławce pomiędzy dwie baby z koszami. – Zobacz, jakie drzewa, o, a tu młyn.

– Gdzie młyn? Jaki młyn? – zainteresował się Andrzej.

– Nie możesz go zobaczyć, bo nie sięgasz okna – powiedziała matka Janka z uroczym uśmiechem. – Może chcesz biszkopta?

– Dawaj biszkopta — zdecydował Andrzej. – Czy my jeszcze daleko jedziemy?

– Jeszcze dwie stacje.

Lejek błyskawicznie wygramolił się spod ławki i stanąwszy na tylnych nogach, porwał Andrzejowi z ręki biszkopt.

– O, dzikie zwierzę! – przeraziła się jejmość. – Milicja! Gdzie ta milicja? Nigdy ich nie ma, jak ich potrzeba. Tu może się stać lada chwila nieszczęście. Może ten pies ma wściekliznę?

– On był szczepiony – zawołał Andrzej na cały głos.

– Szczepiony, widział to kto – zaperzył się wąsaty. – Ludzie mają źle w głowie, jak Boga kocham. Psy, psiakrew, trzymać, do doktorów z nimi chodzić. Raz sam na własne oczy widziałem w tramwaju, jak jedna taka z chorym psem jechała. Cały był opatulony w jakiś szal. No i jeszcze ta mówi, że właśnie dostał zastrzyk penicyliny. Penicylinę dla psa się marnuje? Takie przyszły czasy. A jak mój szwagier chorował, co to mówili, że ma wrzód na dwuznacznicy, to myśli pani, że lekarz z ubezpieczalni mu dał penicylinę? Skąd? Pożałowali mu. Tylko krajać to owszem, chcieli, i to zaraz. Ale on nie frajer, nie zgodził się.

– No i co? – zainteresowała się jejmość.

– Umarł – powiedział wąsaty lakonicznie.

– Taki młody – westchnęła jejmość.

– A pani go znała? – ucieszył się wąsaty. – Bo to już kawał czasu. Zmarło mu się w trzydziestym siódmym roku, na samo Boże Narodzenie.

– Skąd, nie znałam go. Nie wiem, o kim pan mówi – żachnęła się jejmość.

– Z babami gadać – splunął wąsaty w szarawą chustkę do nosa. – A w ogóle mówiłem o psach. Kopnąłbym go, ale diabli wiedzą, czy się nie rzuci. Poczekajcie, jak dojedziemy do stacji. Ja was urządzę razem z tym psem. Przepisy się łamie. Porządku nie ma. Taki naród.

– Co pan znów na baby, na baby – zaperzyła się jejmość. – Psa chce kopać, widzieliście go. Naród mu się nie podoba. Piękny piesek – nachyliła się nad Lejkiem. – O, jaki ostrzyżony. To pani sama go strzyże? – zwróciła się z rozkosznym uśmiechem do matki Janka.

– Strzygę go, a jakże, co dwa miesiące – uradowała się matka Janka. – Masa z niego wełny schodzi.

– To jego się strzyże jak owcę? – zainteresowała się siedząca obok kobieta z koszem.

– Jak owcę – potaknęła matka Janka.

– No i co z tą wełną? – chciała wiedzieć kobieta z koszem.

– Można ją zgremplować i swetry albo skarpetki zrobić – powiedziała matka Janka śmielej.

– To rozumiem – rozentuzjazmowała się kobieta z koszem. – Psy na wełnę trzymają. A opłaca się to. Czym to się karmi?

– Kaszą, mięsem, jarzynami – krzyknął Andrzej. – I wapno dostaje.

– No, macie – warknął wąsaty. – Mówiłem, źle ludzie w głowie mają.

– Kaszą, samą kaszą, jakim znowu mięsem – uniosła się matka Janka. – To on tylko tak mówi na złość. Taki pudel daje wełny parę kilogramów rocznie. Bardzo się opłaca.

Pomruk uznania przebiegł przez przedział.

– Można go dotknąć? – dowiadywała się uprzejmie baba z koszem.

– Proszę bardzo – powiedziała matka Janka. – Chodź tu, Lejek, wyłaź spod ławki. Proszę, jaki miękki.

– I tłusty – dodała baba z koszem. – Na oko z piętnaście kilo waży. Za ile by go pani odstąpiła?

W koszu babinym coś się poruszyło. Andrzej zajrzał pod szmatę.

– Tam jest gęś! – krzyknął. – Związana sznurkiem! Dokąd ją pani wiezie?

– Na targ – powiedziała baba ze spokojem. – Na sprzedaż, na mięso, rozumiesz. – Spojrzała porozumiewawczo na matkę Janka. – Jeżeli pani nie zna terenu, to owszem, mogę pani ułatwić interes. Młode mięso, po odliczeniu wełny będzie chyba z dwanaście kilo. Samą skórkę na karakuł się sprzeda.

Matka Janka zzieleniała na twarzy.

– Bardzo dziękuję – powiedziała słabym głosem, ale on jeszcze rośnie, jeszcze nie jest wyhodowany.

– Popłacalny interes – zamyślił się wąsaty. – Zupełnie nowy pomysł. Bo i wełna, i skórka, i mięso, i w mieszkaniu trzymać można, i porządku nauczyć nietrudno. Zresztą ja mam balkon. Pani szanowna nie odstąpiłaby jednej parki? – zwrócił się do matki Janka.

– Owszem, owszem, ale my już wysiadamy! – krzyknęła matka Janka z rozpaczą w głosie. – Chodź, Andrzej, bierz psa, szybko, bo pociąg już staje.

– Kiedy to jeszcze nie nasza stacja – zawołał Andrzej.

– Nasza! Nie szkodzi! Chodź i trzymaj mocno Lejka!

Wszyscy uprzejmie rozstąpili się dla matki Janka, Lejka i Andrzeja. Wąsaty nawet otworzył drzwi. Cały przedział patrzył na nich wzrokiem pełnym uznania i szacunku.

Fragment tekstu z nr. 499/1954, s. 13. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Kandyd, czyli optymizm Kandyd, czyli optymizm

Kandyd, czyli optymizm

Z archiwum „Przekroju”
Tadeusz „Boy” Żeleński, Wolter

„Kandyd” jest satyrą na optymistyczną filozofię Leibniza będącą wówczas w modzie. Filozof Pangloss, który wobec walących się dookoła nieszczęść, utrzymuje wciąż, że „wszystko jest najlepsze na najlepszym ze światów”, stał się przysłowiową postacią. Ostrze satyry niemniej zwraca się przeciw tym, którzy, prawiąc o nieskończonej dobroci Opatrzności, nie tylko głusi są na biedotę ludzi, ale jeszcze ich, w imię dobrotliwych niebiosów, przymnażają. Powiastek napisał Wolter kilkanaście; niektóre kreśli jako starzec z górą osiemdziesięcioletni. „Kandyd” pozostał dotąd najautentyczniejszym arcydziełem.

Boy

Czytaj dalej