– Żeby z psem się pchać do pociągu – wrzasnęła gruba kobieta w chustce na głowie – tego jeszcze nie było. Idź pani piechotą z tym kundlem.
– Z jakim znowu kundlem? – krzyknął Andrzej. – To jest prawdziwy pudel.
– Pudel nie pudel – warknął wąsaty facet w butach z cholewami – miejsce obywatelom się zajmuje. Jeszcze kogo pogryzie. Bez kagańca takiego czarnego psa wozić. Przed wojną tego nie było.
– Psy się trzyma i karmi w dzisiejszych czasach – oburzyła się jejmość w granatowym płaszczu z futrzanym kołnierzem – pewnie jeszcze mięsem karmią. I na co to? Co się z tego ma? Króliki hodować to rozumiem, albo świnie.
– W mieście świnie trzymać trudno – powiedział wąsaty. – Ale króliki, owszem. Można. Niedrogo kosztuje, a mięso jest dobre i skórki się sprzeda.
– A my właśnie świnie w piwnicy trzymamy – odezwała się spod okna kobieta w średnim wieku, z wielką torbą na ręku. – Z całego domu odpadki się zbiera. Świniak tłusty, aż miło. Będzie z niego szyneczka, że palce lizać.
– Mama, oni świnię chcą zamordować – szepnął Andrzej przerażony.
– Kury też rozumiem – dodała jejmość w granatowym płaszczu. – U nas znów w piwnicy kury się trzyma. Na dwór nie puszczamy, bo by się rozleciały po całej Warszawie.
– Kury też męczą – zdenerwował się Andrzej.
– Co tam kura wie – zaśmiała się jejmość. – Chce jeść i tyle. Cały dzień by żarła. Jakby się męczyła lataniem, to by mało jaj składała.
– A składa? – zapytał Andrzej.
– Właściwie to nie – zamyśliła się jejmość.
– No, widzi pani – Andrzej niepostrzeżenie wpychał Lejka pod ławkę.
– A pies pilnuje domu. Jakby złodziej chciał się zakraść, to zaraz by go pogryzł i narobiłby takiego hałasu, że wszyscy by się zbudzili.
– A, mówiłam – krzyknęła kobieta z torbą na ręku. – Gryzie! Gryzącego psa w wagonie wiozą. Zaraz dam znać milicji. Niech tylko pociąg się zatrzyma. Taki szczeniak żeby trzymał psa.
– Mama, ona na mnie mówi szczeniak – zaczerwienił się Andrzej.
– Nie szkodzi, nie szkodzi – powiedziała matka Janka, wciśnięta na ławce pomiędzy dwie baby z koszami. – Zobacz, jakie drzewa, o, a tu młyn.
– Gdzie młyn? Jaki młyn? – zainteresował się Andrzej.
– Nie możesz go zobaczyć, bo nie sięgasz okna – powiedziała matka Janka z uroczym uśmiechem. – Może chcesz biszkopta?
– Dawaj biszkopta — zdecydował Andrzej. – Czy my jeszcze daleko jedziemy?
– Jeszcze dwie stacje.
Lejek błyskawicznie wygramolił się spod ławki i stanąwszy na tylnych nogach, porwał Andrzejowi z ręki biszkopt.
– O, dzikie zwierzę! – przeraziła się jejmość. – Milicja! Gdzie ta milicja? Nigdy ich nie ma, jak ich potrzeba. Tu może się stać lada chwila nieszczęście. Może ten pies ma wściekliznę?
– On był szczepiony – zawołał Andrzej na cały głos.
– Szczepiony, widział to kto – zaperzył się wąsaty. – Ludzie mają źle w głowie, jak Boga kocham. Psy, psiakrew, trzymać, do doktorów z nimi chodzić. Raz sam na własne oczy widziałem w tramwaju, jak jedna taka z chorym psem jechała. Cały był opatulony w jakiś szal. No i jeszcze ta mówi, że właśnie dostał zastrzyk penicyliny. Penicylinę dla psa się marnuje? Takie przyszły czasy. A jak mój szwagier chorował, co to mówili, że ma wrzód na dwuznacznicy, to myśli pani, że lekarz z ubezpieczalni mu dał penicylinę? Skąd? Pożałowali mu. Tylko krajać to owszem, chcieli, i to zaraz. Ale on nie frajer, nie zgodził się.
– No i co? – zainteresowała się jejmość.
– Umarł – powiedział wąsaty lakonicznie.
– Taki młody – westchnęła jejmość.
– A pani go znała? – ucieszył się wąsaty. – Bo to już kawał czasu. Zmarło mu się w trzydziestym siódmym roku, na samo Boże Narodzenie.
– Skąd, nie znałam go. Nie wiem, o kim pan mówi – żachnęła się jejmość.
– Z babami gadać – splunął wąsaty w szarawą chustkę do nosa. – A w ogóle mówiłem o psach. Kopnąłbym go, ale diabli wiedzą, czy się nie rzuci. Poczekajcie, jak dojedziemy do stacji. Ja was urządzę razem z tym psem. Przepisy się łamie. Porządku nie ma. Taki naród.
– Co pan znów na baby, na baby – zaperzyła się jejmość. – Psa chce kopać, widzieliście go. Naród mu się nie podoba. Piękny piesek – nachyliła się nad Lejkiem. – O, jaki ostrzyżony. To pani sama go strzyże? – zwróciła się z rozkosznym uśmiechem do matki Janka.
– Strzygę go, a jakże, co dwa miesiące – uradowała się matka Janka. – Masa z niego wełny schodzi.
– To jego się strzyże jak owcę? – zainteresowała się siedząca obok kobieta z koszem.
– Jak owcę – potaknęła matka Janka.
– No i co z tą wełną? – chciała wiedzieć kobieta z koszem.
– Można ją zgremplować i swetry albo skarpetki zrobić – powiedziała matka Janka śmielej.
– To rozumiem – rozentuzjazmowała się kobieta z koszem. – Psy na wełnę trzymają. A opłaca się to. Czym to się karmi?
– Kaszą, mięsem, jarzynami – krzyknął Andrzej. – I wapno dostaje.
– No, macie – warknął wąsaty. – Mówiłem, źle ludzie w głowie mają.
– Kaszą, samą kaszą, jakim znowu mięsem – uniosła się matka Janka. – To on tylko tak mówi na złość. Taki pudel daje wełny parę kilogramów rocznie. Bardzo się opłaca.
Pomruk uznania przebiegł przez przedział.
– Można go dotknąć? – dowiadywała się uprzejmie baba z koszem.
– Proszę bardzo – powiedziała matka Janka. – Chodź tu, Lejek, wyłaź spod ławki. Proszę, jaki miękki.
– I tłusty – dodała baba z koszem. – Na oko z piętnaście kilo waży. Za ile by go pani odstąpiła?
W koszu babinym coś się poruszyło. Andrzej zajrzał pod szmatę.
– Tam jest gęś! – krzyknął. – Związana sznurkiem! Dokąd ją pani wiezie?
– Na targ – powiedziała baba ze spokojem. – Na sprzedaż, na mięso, rozumiesz. – Spojrzała porozumiewawczo na matkę Janka. – Jeżeli pani nie zna terenu, to owszem, mogę pani ułatwić interes. Młode mięso, po odliczeniu wełny będzie chyba z dwanaście kilo. Samą skórkę na karakuł się sprzeda.
Matka Janka zzieleniała na twarzy.
– Bardzo dziękuję – powiedziała słabym głosem, ale on jeszcze rośnie, jeszcze nie jest wyhodowany.
– Popłacalny interes – zamyślił się wąsaty. – Zupełnie nowy pomysł. Bo i wełna, i skórka, i mięso, i w mieszkaniu trzymać można, i porządku nauczyć nietrudno. Zresztą ja mam balkon. Pani szanowna nie odstąpiłaby jednej parki? – zwrócił się do matki Janka.
– Owszem, owszem, ale my już wysiadamy! – krzyknęła matka Janka z rozpaczą w głosie. – Chodź, Andrzej, bierz psa, szybko, bo pociąg już staje.
– Kiedy to jeszcze nie nasza stacja – zawołał Andrzej.
– Nasza! Nie szkodzi! Chodź i trzymaj mocno Lejka!
Wszyscy uprzejmie rozstąpili się dla matki Janka, Lejka i Andrzeja. Wąsaty nawet otworzył drzwi. Cały przedział patrzył na nich wzrokiem pełnym uznania i szacunku.
Fragment tekstu z nr. 499/1954, s. 13. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.