Pewnego dnia mgła przykryła Petersburg jak mleczna kołdra i – jak to pod kołdrą – wszystko stało się możliwe.
Nieoczekiwanie, w pełni babiego lata, z portu mleczną ścianą ruszyła na Petersburg mgła. Na ulicach pojawiły się morskie ptaki. Nad Isaakiem przeleciało z przeciągłym krzykiem stado łabędzi. Mgła, sucha i żółta, przewaliła się przez dachy, popełzła wzdłuż ulic i nakryła miasto.
W południe zaświecono latarnie elektryczne, które zapłonęły jak fosforyzujące jajka. Ze skrzyżowań ulic nie było widać domów, przechodnie błądzili jak na pustyni, otoczeni chmurami. W pustce dzwoniły podkowy, ostrożnie wlokły się niewidoczne tramwaje, brzęcząc bez przerwy.
Dziwny to czas dla marzycieli: zdawać się mogło, że miasto pogrążyło się na dno i pomiędzy ludzi zamieszały się jakieś inne istoty.
Marusia Molina szybkim krokiem szła wzdłuż Osiemnastej linii. Miała na sobie zgrabny aksamitny kostiumik, kapelusz z czerwoną kokardą nasunięty na oko, machała puszystą mufką i myślała o różnych miłych rzeczach. Przyjemne było, że jutro na Newskim na wystawie u fotografa ukaże się jej portret i to, że wczoraj jacyś dwaj przechodzący gwardziści głośno rzucili za nią komplement, nazywając szelmutką, i wiele innych spraw, które jeszcze nie miały miejsca, może nawet notatka w gazecie, rozsławiająca jej urodę.
O kłębach mgły, które rozrywała ramionami, o żółtawym upiornym świetle nie myślała w ogóle. Dobiegła do rogu, zatrzymała się – nic nie było widać, same chmury pełzające po kamieniach. Uniosła nieco spódniczkę, już spuściła małą stopę z chodnika na jezdnię, lecz natychmiast cofnęła ją. Przed nią, we mgle, majaczyła sylwetka człowieka z pochyloną głową.
Tak się spotkali. Marusia na wszelki wypadek przybrała surową minę, zakryła mufką podbródek i szybko przeszła przez jezdnię.
Po chwili usłyszała za plecami parskanie, doganiające ją kroki i pomyślała: „No proszę, już się przyczepił”. Na szerszym odcinku chodnika jej prześladowca skoczył naprzód, odwrócił się nagle i jeszcze rozgrzany od biegu stanął, unosząc brwi, otwierając modre wesołe oczy, uśmiechając się dużymi ustami. Głowę miał przedziwną – mocną, z wypukłym czołem (cylinder sterczał mu na samym czubku), policzki różowe, brodę w kształcie miotełki, kędzierzawą i płową; cały był przysadzisty, krótki, zwinny pod kraciastym płaszczem.
Masza stchórzyła trochę i zasępiła się. Na twarzy nieznajomego jak w lustrze odbijały się jej nastroje, lecz w odwróconej formie: im mocniej ściągała swe przyciemnione ołówkiem brewki, tym szerzej uśmiechał się tamten. Jakby słońce rozdarło chmurę i cienkim promieniem zamigotało po jego twarzy uśmiechami i uśmieszkami. Masza ruszyła na prawo – i on na prawo; ona w lewo – on rozstawił ręce i skoczył w lewo. Wtedy krzyknęła, odwróciła się i pobiegła z powrotem.
Wzdłuż chodnika jechała dorożka. Masza wskoczyła do niej i pogoniła woźnicę, bijąc go po plecach mufką i oglądając się w strachu. Z góry, z boków, zewsząd leciała mgła. Nikt jej nie gonił… Roześmiała się i podała dorożkarzowi adres. Spóźni się na spotkanie, miała być przeszło godzinę temu… I myśląc o tym, który tak długo w zdenerwowaniu czekał na nią, pogardliwie wysunęła dolną wargę i wzruszyła ramionami: ten ostatni jej romans wcale nie był szykowny.
Nagle Masza poczuła na swym policzku gorący oddech i cofnęła się przerażona – z tyłu, uczepiwszy się budy, wisiał ryży nieznajomy, szczerząc wesoło zęby; jego policzki płonęły jak jabłka. Masza chciała krzyknąć, lecz on wpił się wargami w jej otwarte usta, potem zeskoczył i zniknął we mgle.
Masza nie była przewrotna… Wstąpiła jednak do człowieka, z którym miała ten wcale nieszykowny romans. Rzucił się na nią już w przedpokoju. Był bardzo wysoki, w alpakowym tużurku z urzędowymi guzikami, smętny, z długimi wąsami. Chwyciwszy jej ręce w swoje zimne dłonie, zaczął narzekać tak, jakby czekanie na ukochaną dziewczynę, nawet długie, samo w sobie nie było szczęściem.
Masza nie zdjęła kapelusza; weszła do jadalni, pochyliła się nad stołem, gdzie rozstawione były łakocie, owoce i wino. Grzebiąc w pudełku czekoladek palcami w irchowej rękawiczce, powiedziała, że nie może dzisiaj zostać, bo przestraszył ją napad na ulicy. Skubnęła winogrona i wesoło popatrzyła na urzędnika. Zaczął błagać ją głuchym basem; pod kołnierzykiem ruszała mu się grdyka.
Potem otworzył drzwi, ukazując mało kuszącą sypialnię i w końcu ukląkł, stuknąwszy kolanami o parkiet. Wtedy Masza zaczęła się śmiać; śmiała się coraz głośniej, coraz obraźliwiej. Wyobraziła sobie, w jaką rozpacz popadłby urzędnik, gdyby tamten wesoły, krzepki nieznajomy pocałował ją przy nim. Wytłumaczyła mu, że rozśmieszyło ją dzisiejsze spotkanie na ulicy.
Oburzony urzędnik opowiedział, że właśnie ów ryży nieznajomy od trzech dni mąci spokój w całym Petersburgu. Widziano go w śródmieściu i na peryferiach, wiele pań skarżyło się na policji – podobno wydano polecenie schwytania go, ale on ciągle zmienia mieszkania i jest nieuchwytny. Masza teraz żałowała, że straciła nęcącą okazję, by poznać tak niebezpiecznego człowieka. Rozzłościła się, wyrzuciła z mufki pudełko czekoladek, powiedziała kilka nieuprzejmych słów i wyszła.
U siebie w domu, na siódmym piętrze, zdjęła żakiet i spódniczkę, narzuciła flanelowy szlafroczek, zaświeciła w kącie wysoką lampę i w świetle czerwonego abażura położyła się na kozetce, podpierając się gołą ręką.
„Albo nadzwyczajny człowiek, albo nikt” – pomyślała, kończąc na tym tok przykrych myśli, westchnęła i otworzyła tomik dekadenckich wierszy.
W tej samej chwili w przedpokoju rozległ się dzwonek, ktoś zaśmiał się krótko i trzasnął drzwiami. Do pokoju weszła matka Maszy, ciężko usiadła i powiedziała:
– Nowy lokator wrócił – ale ziółko z niego, nawet staruszce nie przepuści.
Matka Maszy odnajmowała pokoje, dobierając przeważnie samotnych lokatorów i kawalerów, sama „odmawiała sobie wszystkiego”, za to córkę „stroiła jak laleczkę”; córka zaś nie doceniała tego, uparcie „trzymała się swojej linii”, niezrozumiałej, zagmatwanej.
„Łotrzyca” – myślała mamunia, patrząc, jak córka, wystawiwszy spod rozchylonego szlafroczka gołe kolanko, czyta wiersze. Zapytała, gdzie się włóczyła, u którego faceta zamiatała spódnicą.
Masza, odwracając kartkę, odrzekła spokojnie, że nie rozumie, skąd matka wynajduje te mieszczańskie zwroty, że w ten sposób tylko psuje jej karierę i że inna córka na jej miejscu dawno już by leżała na dnie rzeki. Ona natomiast zaraz pójdzie do telefonu, zadzwoni do jakiegoś znanego poety – na przykład do tego, którego wiersze teraz czyta – i poprosi, by natychmiast, jeszcze dziś zabrał ją do Finlandii, do lasu.
Mamunia roześmiała się szyderczo. A z sąsiedniego pokoju przez dziurkę od klucza spoglądało na Maszę ciekawe modre oko. To nowy lokator, który wprowadził się dzisiaj, przysunął sobie fotel do drzwi i przysłuchiwał się całej rozmowie. Masza, nie mogąc znieść jadowitego śmiechu matki, szybko wstała, wybiegła do przedpokoju, wyszukała w książce telefonicznej numer znanego poety i zadzwoniła.
Rozmowa wyglądała następująco:
– Halo – powiedziała Masza – poproszę do telefonu Jurija Bladego (tak się nazywał poeta). To pan? Moje imię nic panu nie powie. Czytam pańskie wiersze; jakiż pan smutny! Proszę? To piękne? Merci. Nie, po prostu tak to sobie wyobrażam. Proszę? Jak wyglądam? Po co to panu? Tak, jestem ładna. Wiotka. Oczy? Oczy wielkie, o ciężkich powiekach. Nos? Też ładny, rozdymające się nozdrza. Proszę? Leżę… na sofie pokrytej jedwabiem, wśród poduszek. Grube dywany tłumią kroki. Wszędzie aksamitne kotary.
Na podłodze w wazonie stoją białe tuberozy, pachną odurzająco. Na ustach mam tajemniczy uśmiech… Tak, tak, jestem sama… Po co? Nie… Jestem rozebrana, w pokoju półmrok, nic nie mam na sobie, tylko perły na piersiach… Tak, piersi małe, delikatne. Rude włosy w nieładzie… Proszę przyjechać, czekam na pana… Chce pan – pojedziemy do Finlandii…
Mamunia nie mogła słuchać dłużej. Otworzyła drzwi, krzyknęła na cały przedpokój: „szelma”, a córka, ledwo zdążywszy szepnąć do słuchawki swój adres, prześliznęła się koło matki i zamknęła się u siebie.
Przez jakiś czas chodziła po pokoju zdenerwowana, potem położyła się na kozetce, owinęła szczelniej szlafroczkiem i ogarnął ją lęk. Matka waliła początkowo do drzwi, potem poszła do kuchni i stamtąd słychać było, jak pochlipuje, użalając się przed kucharką.
Oczywiście, że nie przyjdzie, niepotrzebnie się boję. A co, jak przyjdzie naprawdę – myślała Masza. Nagle usłyszała za drzwiami cichy śpiew. Od tego śpiewu mocniej zabiło jej serce:
Cichy, ciemny, gęsty las,
Płynie ciepła rzeka…
Nikt nie znajdzie tutaj nas,
Słychać śpiew z daleka.
Wtul się w trawę, zanuć pieśń,
Albo swą fujarkę weź,
Śpiewaj: wołam, tęsknię…
Patrz – do źródła, w modrą toń,
Senna nimfa białą swą
Zanurzyła rękę…
Im dłużej Masza słuchała, tym niespokojniej drgało jej serce. Głos za ścianą umilkł, matka poszła spać, a Masza wciąż jeszcze wyobrażała sobie latające pszczoły, szumiące drzewa nad źródłem, uginającą się pod nogami wilgotną trawę. Nic podobnego w życiu nie widziała i tym cudowniejsze były te wizje. Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł człowiek w cylindrze, z płową brodą, surowy, zapięty pod szyję. Cień okrywał mu całą twarz.
– Pani wzywała mnie – powiedział. – Jestem poetą.
Masza nie śmiała podnieść wzroku ze wstydu.
– Czytałam pana wiersze i nagle wyobraziłam sobie to wszystko, o czym mówiłam panu przez telefon – powiedziała cicho.
Pokręcił srebrną laską, dotknął goździka w butonierce.
– No cóż, jedziemy do Finlandii – powiedział ironicznie.
Masza, posłuszna jak we śnie, za otwartymi drzwiami szafy pospiesznie włożyła spódniczkę, kapelusz i żakiet, wzięła torebkę z puderniczką i pochylając głowę, szepnęła:
– Dobrze, jedźmy. Tylko proszę nie hałasować w przedpokoju.
Wyszli ostrożnie, zbiegli na dół z siódmego piętra i wsiedli do olbrzymiego auta, które zawiozło ich na dworzec do ostatniego pociągu. Wpadli do przedziału, pociąg ruszył i wtedy Masza, pełna strachu i wątpliwości, po raz pierwszy spojrzała na towarzysza podróży.
Przed nią siedział ów ryży nieznajomy i szczerzył białe zęby. Masza krzyknęła, ale pozostała bez ruchu w swoim kącie przy oknie, patrząc spode łba. Nieznajomy dotknął palcem jej kolana i zaśmiał się głośno. Pociąg z dzikim gwizdem mknął we mgle przez lasy, za oknem migotały światła. Masza milczała ze strachu i cudownego wzruszenia. Wciąż jeszcze łudziła się, że ma przed sobą poetę. Nieznajomy, śmiejąc się, opowiadał o dniach spędzonych w Petersburgu, do którego chętnie przyjeżdżał ze swej podmiejskiej willi w mgliste dni. Szukał przygód w mieście spowitym chmurami i nigdy nie wracał sam.
Minęli granicę fińską, pociąg stanął na stacji Kelomiaki. Nieznajomy wziął Maszę za rękę i wyprowadził z wagonu. Całe niebo usiane było jasnymi chłodnymi gwiazdami, Mleczna Droga lśniła jak srebro. Las wznosił się na kształt ciemnego muru, ziemia pachniała zwiędłymi liśćmi.
Nieznajomy pomógł Maszy wsiąść do dorożki, usiadł obok: dorożka jechała wśród drzew. Woźnica pogwizdywał. Broda nieznajomego dotykała policzka Maszy. Wjechali do boru; w półmroku nie widać było nic na odległość ręki. Wreszcie woźnica powiedział „prr”, zatrzymał dorożkę, a gdy pasażerowie wysiedli, powlókł się z powrotem, chrzęszcząc w ciemnościach po piasku. Nieznajomy skręcił na ścieżkę…
Wkrótce poczuli pod nogami giętki torf. Nieznajomy wziął Maszę na ręce. Zamknęła oczy, czując jego ciepło, przylgnęła do niego, ręce zarzuciła mu na szyję. Kiedy powiedział: „Jesteśmy na miejscu”, otworzyła oczy i ujrzała w świetle gwiazd na wysepce pośrodku bagna mały domek. Na ganeczku siedziała ludzka postać. Zbliżyli się i wtedy Masza dostrzegła, że siedzący jest zupełnie nagi, pokryty gęstą sierścią i ma koźle nogi.
– Nie bój się, nie ruszy cię – rzekł nieznajomy i trącił siedzącego w ramię. Tamten zarżał i uciekł w krzaki.
– Ja chcę do domu – powiedziała Masza z zamkniętymi oczami. Ale nieznajomy, lekko popychając, wprowadził ją do domku i rzekł surowo: – Nie zamykaj oczu, patrz.
Masza zobaczyła niewielki błękitny pokoik, na suficie i na ścianach w rozmaitych miejscach wisiało mnóstwo złotych talerzyków… Dwie świece płonęły pod oknem, ale okno było fałszywe – zamiast szyb wprawione lustra. Podłoga gładka, emaliowana, na niej wymalowane kwiaty i motyle, w kącie dywan, który Masza wzięła za stertę suchych pstrokatych liści.
– Moja miła Maszo – rzekł nieznajomy – nie bój się. Nie jestem poetą Jurijem Bladym, jestem królem faunów. Jeżeli mi nie wierzysz – spójrz.
Prędko zrzucił z siebie ubranie i ukazał się jej cały pokryty rudą kręconą sierścią, z lakierowanymi kopytami i złotymi rogami.
– Podobasz mi się bardzo – mówił dalej – zostaniesz moją żoną. O trzeciej w nocy wzejdzie księżyc, pobiegniemy nad jezioro. Myślałaś, jak wszyscy, że nas już nie ma. Ale jesteśmy sprytniejsi niż ludzie, żyjemy wśród was, wabimy, zwodzimy, a ci, którzy nie są nam posłuszni, giną. Zdejm suknię i rozczesz włosy, zaraz wrócę. O czymkolwiek pomyślisz, czegokolwiek zapragniesz – wszystko możesz zobaczyć w tych złotych talerzykach… Ale pamiętaj, nie zbliżaj się do okna, nie patrz w lustro…
Pogroził jej palcem i wyszedł… Masza z rozpaczą załamała ręce… Słyszała, jak w mroku, za ścianą, gonili po krzakach nieznajomi, parskali albo nagle walili kopytami po ganku…
Jestem zgubiona – pomyślała – nie potrzebuję waszych talerzyków, nie chcę o niczym marzyć, boję się… I do lustra zaglądnę, a jakże…
Weszła na palcach w krąg światła świec i spojrzała… W lustrze zobaczyła siebie, swój pokój, nędzną tanią lampę, otwartą książkę na kozetce, drzwi… Nagle drzwi otworzyły się z wolna… Przecisnął się przez nie ów nieznajomy, zasępiony i zły, podszedł do niej i zakrył jej oczy dłońmi… Masza nie bez sprzeciwu odrzuciła w tył głowę, jęknęła i zacisnęła usta… Potem usłyszała głos:
– Tym razem zlituję się nad tobą, puszczę cię do domu. Żegnaj.
Nic więcej nie mogła już sobie przypomnieć.
Gdy otworzyła oczy, w pokoju było jasno. Z ulicy dochodziło dudnienie ciężkich wozów. W przedpokoju mamunia wymyślała na nowego lokatora, który wczesnym rankiem bez uprzedzenia zniknął razem ze swoją walizką…
Tłumaczyła Ałła Sarachanowa
Tekst z archiwum, nr 1459/1973 r.